Ranek 14 września 1939r. Trwa NAPAŚć NIEMCÓW NA RZECZPOSPOLITĄ...
Część wspomnień Mieczysława.

Oczami Mieczysława trzeciwgo syna Antoniego BOROWCZTK
Ciąg dalszy..
Antoni BOROWCZYK ocalały ogrodnik.
Opadła mgła i pokazało się słońce, zapowiadając kolejny suchy i upalny dzień. W majątku trwała codzienna praca i krzątanina, lecz na twarzach ludzi widać było ogromny smutek i przerażenie. Tu wojna już się skończyła. Majątek przejął Niemiec, niejaki Hans Plichta, oczywiście bez żadnego odszkodowania. Od początku września 1939 roku Polacy zaczęli wracać do swoich domów z ucieczki, do której wcześniej zachęcały władze. Jednak szybciej niż furmanki uciekinierów poruszały się bandy niemieckie. Powracający zgłaszali się do pracy w majątku. Nasza Mama wróciła z dziećmi, a trzy dni później Tatuś, z oddziałem Obrony Narodowej.
Zbliżała się godzina dziewiąta rano, gdy w ogrodzie, w którym Tatuś pracował, pojawił się Niemiec w czarnym mundurze, z trupią głową na czapce. Na jego widok Tatuś odsunął się w kąt, by ewentualne ciosy przyjąć z przodu, a nie z boku czy od tyłu. Jednak nie bili Go. Spisali dane personalne i kazali opróżnić kieszenie. Znaleźli drewniany krzyżyk, medalik z Najświętszą
Marią Panną Częstochowską, nóż ogrodniczy i kilka drobiazgów. Niemiec powiedział: „Te drobiazgi nie uratują cię od śmierci. Skazała cię Rzesza Niemiecka i my ten wyrok wykonamy.” W tej chwili brat Henryk podał mnie, dwulatka, Tatusiowi. Jak się później okazało, ten gest uratował Mu życie. Niemcy wstrzymali egzekucję i zabrali Go do więzienia w Tucholi.
W więzieniu przebywało wielu Polaków z okolicznych wsi i miasteczek. Każdego dnia wywożono stamtąd grupy po trzydzieści, czterdzieści osób na tzw. „Rudzki Most”, gdzie dokonywano masowych egzekucji. Skazańców ustawiano nad wcześniej wykopanym rowem, a młodzi żołnierze niemieccy, często jeszcze chłopcy w wieku siedemnastu, dziewiętnastu lat, strzelali im w tył głowy, krzycząc: „Kopfschuss!”(strzał w głowę). Wcześniej próbowano używać broni maszynowej, ale uznano, że pojedyncze strzały są „bardziej skuteczne”.
Tatuś czekał w więzieniu siedem dni na swoją kolej. W tym czasie zjawił się w gestapo Hans Plichta, oświadczając, że pilnie potrzebuje ogrodnika. Jego prośba została przyjęta, a Tatuś odzyskał wolność. Przy wyjściu Niemcy zwrócili mu rzeczy osobiste, drewniany krzyżyk i medalik z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej. Po powrocie do domu nikt o tym wydarzeniu nie mówił. Milczenie było tarczą, chroniło przed lękiem i zemstą. Dopiero po latach, gdy wojna dawno się skończyła, Tatuś wspominał tamte dni. W 1949 roku, jadąc z rodziną do Torunia, gdy mijali miejsce zbrodni w Rudzkim Moście, powiedział cicho: „Dobry Bóg i wasze modlitwy sprawiły, że los potoczył się inaczej, niż chcieli tamci ludzie.” Od tamtego czasu każdego roku, w rocznicę dnia, w którym cudem uniknął śmierci, Tatuś zaprzęgał konie do bryczki i jechał do kościoła. Zawsze uczestniczył we Mszy Świętej, spowiadał się i przyjmował Komunię. Ten dzień był dla Niego świętem wdzięczności za życie, za rodzinę, za ocalenie.
W roku 1942 Tatuś dostał pomocnika do pracy w ogrodzie, angielskiego pilota Franka Joussa, jeńca wojennego, który dostał się do niewoli niemieckiej już w 1939 roku. Był człowiekiem spokojnym i uprzejmym. Starał się nauczyć dzieci podstaw języka angielskiego, opowiadał o swojej ojczyźnie, o żeglarstwie, o sporcie, zwłaszcza o piłce nożnej i boksie. W jego opowieściach brzmiała tęsknota za wolnością i normalnym życiem.
Kiedy w 1945 roku front znów przeszedł przez te ziemie, rodzinę Borowczyków dosięgnęła kolejna próba. Do domu przybyli żołnierze radzieccy i zabrali Tatusia „na przesłuchanie”, jak mówili, daleko, aż za Rygę. Dni zamieniły się w tygodnie, tygodnie w miesiące. Dopiero po dziesięciu miesiącach Tatuś powrócił. Schorowany, wychudzony, z ciężką gruźlicą, ale żywy. Po leczeniu, gdy odzyskał siły, powiedział do rodziny: „Nie będziemy szukać winnych. Trzeba zacząć nowe życie, daleko stąd.”


Decyzja o wyjeździe została wykonana niemal natychmiast. W urzędzie, w Tucholi ustalono, że rodzina Borowczyków osiedli się w miejscowości Warszkowo w powiecie Sławno. 🚂Pierwszy wyrusza ojciec rodziny. Zabiera z sobą krowy, świnie, kota i psa! Podróż zimą była długa i trudna. Trzeba było dbać o żywność, dzieci i zwierzęta. Wzięli ze sobą krowy. Wisłę i jej córkę Wartę, oraz maciorę. Na dworcu w Sławnie powitał ich Tatuś, gorąco i serdecznie. Byli szczęśliwi, że cała rodzina przeżyła niemieckie ludobójstwo.
W Warszkowie zastali jeszcze Niemców, starszego mężczyznę, dziadka Fritza, oraz jego wnuczki Hannę (19 lat) i Ingę (15 lat). Rodzice kazali dzieciom ich szanować, i tak też czyniliśmy. Niemcy chętnie pomagali w gospodarstwie, dzielili się tym, co mieli. Po roku wspólnego życia nadszedł czas rozstania. Oni płakali i nam też było smutno, bo tak już jest wśród dobrych ludzi.
W Warszkowie zaczęło się prawdziwe nowe życie. Tatuś kupił gospodarstwo i zajął się ziemią, choć zawsze wracał myślami do ogrodnictwa, które było jego pasją. Dzięki jego pracy i zaradności gospodarstwo szybko zaczęło rozkwitać. Lata mijały, a życie w Warszkowie toczyło się spokojnym rytmem. Wiosną pachniały jabłonie i ziemia, którą Tatuś z taką miłością uprawiał. Zimą w domu rozbrzmiewał śmiech dzieci, rozmowy i modlitwy przy wspólnym stole.
Choć wiele widział i przeszedł, Antoni Borowczyk nigdy nie mówił o wojnie z nienawiścią. Często powtarzał: „Zło trzeba pamiętać, ale nie wolno nim żyć.” Zawsze nosił przy sobie ten sam drewniany krzyżyk i medalik z Matką Boską Częstochowską, te, które Niemcy zwrócili mu po wyjściu z więzienia. Były one dla niego nie tylko pamiątką, ale i znakiem opieki Bożej oraz siły rodziny, która modlitwą wybłagała jego ocalenie.
W rocznicę dnia, w którym cudem uniknął śmierci, Antoni wciąż zaprzęgał konie do bryczki i jechał do kościoła. Zawsze siadał w tej samej ławce, blisko ołtarza. Dla sąsiadów był człowiekiem pogodnym, uczynnym i skromnym. Dla swoich niezłomnym ojcem, który nauczył, że nawet pośród największego cierpienia można zachować godność i dobroć. W Warszkowie zapuścił korzenie. Zbudował dom, zasadził drzewa i pozostawił po sobie coś więcej niż ziemię pozostawił pamięć o człowieku, który przeszedł przez piekło, ale nie pozwolił, by piekło zamieszkało w jego sercu

BOROWCZYK Mieczysław urodził się 26 września 1937 roku w Wielkiej Kloni, powiat Tuchola, jako trzeci syn Antoniego i Gertrud












BOROWCZYK Mieczysław był posłem, z ramienia Z.S.L. W Słupsku. Oto wyniki głosowania.










