„Jeśli pewnego dnia ujrzę Cię w niebie, Tatusiu, i będę mógł uścisnąć Twoją dłoń, przytulić Cię, chciałbym wtedy usłyszeć te najważniejsze słowa: Synu, jestem z ciebie dumny. Kocham cię.”
BOROWCZYK HENRYK
JETEŚ MOIM WSZYSTKIM CZYM JESTEM. KOCHAM CIĘ.
Jest 20 Listopada 1928 roku. Rok po ślubie Antoniego i Gertrudy BOROWCZYK, przychodzi na świat w Gordanowie? Ich pierworodny syn Henryk. Matka: Gertruda Borowczyk z domu Dłużyńska ma lat 18 a ojciec Antoni BOROWCZYK lat 20. Metryka urodzenia:Gordanowo 55/1928 r. Henryk jest wnukiem Józefa i Pelagii. Mężem Genowefy Snopkowskiej z Grabkowa. Ojcem Józefa i Mirosławy. Dziadek i przyjaciel wnuków: Łukasza i Michała, Ani i Tomka. Pradziadek: Antoniego, Franciszka, Agatki, Ewy i Marty BOROWCZYK. Zmarł 2012–08 – 05. Żył 84 lata. Przepracował 40 lat na morzu, w Dalmorze!
AKT ŚLUBU RODZICÓW HENRYKA BOROWCZYK — ANTONIEGO I GERTRUDY BOROWCZYK/DŁUŻYŃSKIEJ.
AKT ŚLUBU RODZICÓW HENRYKA STR.1
Akt urodzenia Henryka Borowczyk.
(Urząd Stanu Cywilnego Wielki Wełcz, powiat Grudziądz) Nr. 55/1928
Henryk Borowczyk urodził się dnia 20 listopada 1928 roku. Ojciec: ogrodnik, Antoni Borowczyk, wyznania katolickiego, zamieszkały w Ruda.
Matka: Gertruda Borowczyk, z domu Dłużyńska, wyznania katolickiego, zamieszkała w Gołębiewo.
Wystawiono w Łasinie, dnia 17 października 1944 roku.
Urzędnik stanu cywilnego (zastępca, podpis nieczytelny)
[pieczęć okrągła z orłem i napisem: „Urząd Stanu Cywilnego w Łasinie, powiat Grudziądz”]Jestem w posiadaniu dokumentów świadczących, innym miejscu urodzin!
AKT ŚLUBU RODZICÓW HENRYKA: STR. 2
Na zdjęciu: Borowczyk Henryk z rodzicami; Antonim i Gertrudą BOROWCZYK. Grudziądz 1931 rok.
STRONĘ TĄ POŚWIĘCAM MOJEMU OJCU HENRYKOWI
Syn - BOROWCZYK Józef - autor strony.
Pełnia świadomości człowieka zaczyna się od poznania jego historii. Nasze korzenie i przodkowie to skarbnica wiedzy, z której możemy czerpać inspirację, siłę i zrozumienie siebie. Bez znajomości własnych korzeni jesteśmy słabi i podatni na każdy podmuch wiatru. Zgłębianie historii naszej rodziny to nie tylko podróż do przeszłości, ale także klucz do lepszego rozumienia świata wokół nas i naszego miejsca w nim.
.…PAMIĘTAJ PEWNYCH RZECZY W ŻYCIU NIE WOLNO CI ROBIĆ, NIGDY I ZA ŻADNE PIENIĄDZE USŁYSZAŁEM OD OJCA.
BOROWCZYK HENRYK Z RODZINĄ
MIEJSCE URODZIN
GORDANOWO
WIELKA KLONIA 1940 ROK. OD LEWEJ NA GORZE: GIENIA-BABCIA GERTRUDA HENRYK-ANTONI-ROMUALD-NA KOLANACH MAMY SIEDZI WALDEMAR OBOK STOI MIECZYSŁAW B O R O W C Z Y K. W MIĘDZYCZASIE UMARŁO BOROWCZKOM TROJE DZIECI.
BOROWCZYK Henryk urodził się 20 listopada 1928 roku w Gordanowie, w domu rodzinnym swojej matki Gertrudy Dłużyńskiej(Borowczyk), dom należał do majątku ziemskiego, którego zarządcą był ojciec Gertrudy, Robert Dłużyński. Zarządcą, nie właścicielem.. W 1930 roku rodzina Antoniego przenosi się do Unisławia, tu na świat przychodzi młodszy brat Henryka, Romuald.(Ojciec chrzestny autora strony). W1934 roku, przeprowadzają się do Sarnowa. W Sarnowie rodzi się trzecie dziecko Antoniego i Gertrudy: Genowefa Antonina BOROWCZUK.W 1935 roku, cała rodzina przenosi się go Gorzuchowa, wsi należącej do majątku Generała Hallera. U generała Antoni BOROWCZYK otrzymuje zatrudnienie jako kamerdyner do opieki nad gośćmi generała, czasami podaje też do stołu, gdy zachodzi taka potrzeba. W latach 1935-1936 Henryk uczęszcza do szkoły podstawowej w Robakowie, wsi w pobliżu Gorzuchowa. W 1937 roku wraz z całą rodziną przeprowadza się do Wielkiej Kloni, gdzie mieszka do zakończenia drugiej wojny światowej. W 1945 roku, przeprowadza się do Warszkowa-20km. od Słupska. Na Ziemie Odzyskane. W Sławnie poznaje Genowefę Snopkowską, z którą bierze ślub i zakłada swoją rodzinę a ich pierworodnym dzieckiem zostaje autor tych wspomnień BOROWCZYK Józef ur. w 1954roku w Sławnie.
MÓJ BOHARER
.
…
Prawie nie znałem swojego Tatusia! Wspominanie Ojca; u mnie zawsze są to momenty trudne i z biegiem czasu coraz bardziej wzruszające. Moje dzieciństwo i młodość ojciec spędził na morzu. Nie było Go w domu. To czas gdy nikt nie dmuchał w moje skrzydła. To był okres kiedy naprawdę potrzebowałem jakiejkolwiek przeciwwagi(ratunku)! Pamiętam ciepłą, dużą i spracowaną dłoń Tatusia, naszą prawdziwie wierną przyjaźń, Jego prostotę, szczerość i otwartą wesołość. Taki typowy, do bólu normalny, żyjący swoim tempem żeby nie napisać nudny! Z dużą osobistą wrażliwością. Tatuś przez lata te dobre i gorsze szukał Boga i pozwalał się znajdować! Kiedy był w domu, zawsze chodziliśmy całą rodziną do kościoła, był w moim życiu wielkim nieobecnym. Dzisiaj są to wspomnienia pełne emocji. Niestety nie z za jego nogawek wtedy poznawałem świat. Był szczerze skromny. Absolutnie wierzył w to co robił. Kochał Nasze nazwisko i kierował się do końca moralnością. Mam wrażenie, że widziałem Jego błędy tylko wtedy gdy żył, a teraz, kiedy umarł, widzę tylko moje. Człowiek honoru!
Wielki nieobecny mój bohater! Byłem przy Ojcu do jego ostatniej chwili gdy umierał…byliśmy razem, DO KOŃCA. Bogu dziękuję, że kiedyś jeszcze Cię zobaczę.
Jeśli bym kiedyś zwątpił, jeśli bym stracił grunt pod nogami, nie zwrócę się do nikogo innego, tylko by mnie zawiedli. Nasza więź, nigdy nie umarła, ona czekała.
KILKA FAKTÓW Z ŻYCIA MOJEGO OJCA.
Tatuś, byłeś bohaterem mojego życia.
Mój Tatuś, BOROWCZYK Henryk był wielkim miłośnikiem i „znawcą” koni. Konie przywoływały Tatusiowi dzieciństwo i jedyne pozytywne wspomnienia-to jest jak napiętnowanie chłopca! Zawsze związany uczuciowo z Mamą Gertrudą! Ostatnie sekundy przed śmiercią gdy trzymałem Ojca za dłonie, wymawiał tylko- Mama POMÓŻ, Mama POMÓŻ. Ojca Antoniego wspominał jako bardzo nerwowego i zaborczego…kochał zwierzęta, ludzi prawych i prawdziwych. Miał dar rozpoznawania dobra, …. ale, nie potrafił przeciwstawiać się bylejakości u innych. Bardzo kochał nasze nazwisko. Codziennie gdy modlę się rano i wieczorem do Pana Boga pozdrawiam Ojca jego słowami, którymi zawsze witał mnie, przy każdym naszym spotkaniu , podobnie jak Leszek i Dziadek Antoni,
Cześć Panie BOROWCZYK
Ja mojego Ojca poznałem dopiero po Jego śmierci…
WIELKA KLONIA 1942 ROK. PRZYJĘCIE ROMKA. OD LEWEJ: BABCIA GERTRUDA, ROMEK, BOŻENA, ANTONI(PIESEK NA KOLANACH ANTONIEGO PRZYJECHAŁ W 1954ROKU WRZA Z CAŁĄ RODZINĄ DO WARSZKOWA), PONIŻEJ STOJĄ WALDEMAR I MIECZYSŁAW. HENRYK STOI ZA OJCEM.
Sławno 1947rok
Sławno 23-01-1949rok
MOI RODZICE-BRAWO MY!!!
Rejestracja Ślubu moich Rodziców odbyła się: w 1951-02-01 w Urzędzie Stanu Cywilnego w Sławnie. Nr. 7/1951r.
JAK POZNALI SIĘ MOI RODZICE
SŁAWNO
1947 rok, Sławno, szkoła zawodowa, to tu poznają się moi rodzice! Henryk ma lat 20 a Gienia 16.Snopkowska Genowefa z Grabkowa. Sławno 1948rok. Tu na zdjęciu ma 16 lat. “Z dedykacją Mojemu Kochanemu Heniowi”.
praca w piekarni i plany ojca(Antoniego) co do przyszłości syna,
romantyczny spacer po Słupsku i zakup obrączek,
formalne zaręczyny w obecności rodziny,
ślub z wyjątkowym akcentem, wolantem zaprzężonym w cztery konie,
oraz trudne realia powojennej Polski: służba wojskowa, starania o odroczenie i późniejsza duma z jednostki łączności.
Takie wspomnienia są bardzo cenne, bo łączą fakty rodzinne z kolorytem historycznym epoki.
Historia Moich Rodziców, Gieni i Henryka BOROWCZYK na tle tamtych czasów.
Z tyłu zdjęcia: 19 letni Tatuś napisał tak: Kochanym Rodzicom Henryk. Sławno 1947.11.19.
Poznałam mojego męża, Henryka Borowczyka, w szkole średniej, do której razem uczęszczaliśmy. Pewnego dnia Henryk podszedł do mnie i zaproponował, że odniesie mi teczkę z książkami do domu. Po kilku tygodniach zaczął mnie odwiedzać. Henryk, będąc uczniem, pracował również w piekarni u pana Godzieskiego w Sławnie, gdzie miał swój pokój na piętrze. Były to lata powojenne, Polska podnosiła się ze zniszczeń II wojny światowej. Wiele rodzin zmagało się z biedą, brakowało towarów, a praca, nawet dorywcza, była na wagę złota. Piekarnia była ważnym miejscem w życiu lokalnej społeczności, chleb wciąż stanowił podstawę codziennego pożywienia, a możliwość nauki fachu dawała szansę na pewniejszą przyszłość. Henryk wspominał mi kiedyś, że jego ojciec, Antoni, bardzo chciał ożenić go z córką właściciela tej piekarni. Podobno pewnego dnia rodzice Henryka przyjechali do niego, aby porozmawiać na temat tego małżeństwa. Jak mieli mu wyjaśnić podczas rozmowy, otrzymali już zgodę właściciela piekarni i jego córki! Jednak Henryk miał odwagę wyznać, że kocha Gienię. W tamtych czasach decyzje rodziców w kwestii małżeństwa były jeszcze bardzo istotne, ale młodsze pokolenie coraz częściej kierowało się uczuciem. Od tego momentu Antoni nigdy więcej nie naciskał na syna w tej sprawie.
Henryk zaprosił Gienię na spacer po Słupsku. Miasto, odbudowywane po wojnie, tętniło nowym życiem, pełne było przesiedleńców z Kresów oraz przybyszy z centralnej Polski. W trakcie spaceru weszliśmy do jubilera, gdzie Henryk kupił obrączki. Moja miała próbę 585, jego 333, bo tylko na taką mógł sobie pozwolić. Był to obraz codziennych realiów tamtych lat: w latach 40. i 50. zarobki były skromne, a oszczędności miało niewielu. Sam fakt, że udało się zdobyć obrączki, świadczył o ogromnych staraniach i wyrzeczeniach. Dwa miesiące później do mojego domu w Sławnie, przy ul. Jedności Narodowej 20, przyjechali Antoni i Gertruda z Henrykiem, co zaowocowało oficjalnymi zaręczynami. Okres narzeczeństwa trwał około roku.
2 lutego 1950 roku odbył się nasz ślub w Sławnie. Były to czasy, gdy uroczystości rodzinne miały szczególną wagę, nie tylko łączyły dwoje ludzi, ale też dawały społeczności okazję do świętowania. Do kościoła pojechaliśmy wolantem zaprzężonym w cztery konie, który należał do Gminnej Rady Narodowej. Rodzice Henryka spóźnili się na uroczystość z powodu źrebiącej się klaczy, co w realiach wsi było wydarzeniem nie do zlekceważenia.
Wesele odbyło się w domu panny młodej. Z jednej strony rodzina Henryka, jego rodzice i prawdopodobnie rodzeństwo, z drugiej, moja mama Feliksa, brat Feliks Szaradowski, oraz ciotka Danuta Nojman z mężem Czesławem. Obecny był nawet Przewodniczący Rady Narodowej oraz Dowódca straży pożarnej, co świadczy o tym, jak bardzo społeczność lokalna uczestniczyła w takich wydarzeniach. Wesele, mimo trudności gospodarczych, zawsze stawało się okazją do radości i wspólnej zabawy. Przed ślubem ojciec Henryka, Antoni, często odwiedzał Wojskową Komendę Uzupełnień w Sławnie, aby odroczyć służbę wojskową synowi. Służba wojskowa była wówczas obowiązkowa, a młodzi mężczyźni często szukali sposobów na jej opóźnienie, by najpierw ułożyć sobie życie rodzinne. Już po ślubie Henryk szybko jednak zaprzyjaźnił się z mundurem. Bardzo mile wspominał okres spędzony w wojsku, służył w jednostce łączności, a przysięgę składał w Prostyni, w okolicach Wałcza. Wojsko w tamtych latach było nie tylko obowiązkiem, ale też często jedyną okazją do nauki fachu, dyscypliny i zdobycia nowych znajomości.
Dopiero trzy lata po ślubie, a rok po powrocie Henryka z wojska, na świat przyszedł nasz syn Józef. Były to czasy trudne dla młodych rodzin, brakowało mieszkań, panowały kartki na żywność, a państwo dopiero kształtowało swoje struktury. Jednak mimo problemów, w życiu rodzinnym panowała wielka radość i siła, która pozwalała przezwyciężać codzienne trudności.
NARZECZENI- RODZICE AUTORA HENRYK Z ŻONĄ. Moje ulubione zdjęcie rodziców. 1950rokNa odwrocie tego zdjęcia: Swojemu Najdroższemu Heniulkowi-Gienia-Sławno 14-02-1950. Zdjęcie zrobił Braciszek zakonnik.
Na zdjęciu z lewej Henryk Borowczyk z Gienią Snopkowską, jak narzeczeni. Zdjęcie zrobione w sławieńskim parku w 1952 roku. To jest moje ulubione zdjęcie moich rodziców. Pamiętam, że czasami pędziłem na rowerku do piekarni Ojca po ciepłe bułki i bajecznie smaczny, gorący jeszcze makowiec!!! Mama w domu obierała wanny jabłek na szarlotkę i jabłeczniki do piekarni. Tak było. A jabłka mieliśmy z własnego wielkiego ogrodu za domem, Wokół domu były jeszcze powojenne gruzy zrujnowanych domów! 1960 rok. Pamiętam też, jak jeździliśmy z Ojcem wielkim Starem po drzewo do leśniczego załatwiane na lewo do piekarni, czułem wtedy u Ojca duże zdenerwowanie… WSPANIAŁE CHWILE-BRAWO MY.
PONIŻEJ MOI KOCHANI RODZICE - HENRYK I GENOWEFA
Rejestracja Ślubu moich Rodziców odbyła się: w 1951-02-01 w Urzędzie Stanu Cywilnego w Sławnie. Nr. 7/1951r. Ślub odbył się w kościele, pod wezwaniem N.M.P. w Sławnie tego samego dnia.
HENRYK I GENOWEFA BOROWCZYK
HENRYK I GENOWEFA MIELI DWOJE DZIECI: JÓZEFA 1954 I MIROSŁAWĘ 1955r.
MOI RODZICE HENRYK I GENOWEFA BOROWCZYK
SYN-MAMA-TATUŚ!!
PAMIĘTAJ CZCIĆ OJCA SWEGO I MATKĘ SWOJĄ!!!
Kilka słów o naszym domu w Sławnie...
Pod koniec lat 50-tych, dom przy ul. Jedności Narodowej 20-stał się własnością Czesława i Danuty Nojman. Danuta jest siostrą mojej mamy i moją matką chrzestną. Małżeństwo poznało się w Grabkowie, wsi położonej w pobliżu Kowala Grabkowo jest miejscem urodzenia Danuty. Tu ma miejsce ślub tej pary i tu na świat przychodzi ich pierwsza córka Alusia. W tym Grabkowie Czesław(był synem kowala i miał trzech braci) wstępuje do Urzędu Bezpieczeństwa. W 1947 roku przyjeżdża z braćmi do Sławna i z racji zajmowanego stanowiska otrzymuje prawo do zamieszkania w tym lokalu!!! Małżeństwo w niedługim czasie wyprowadza się do Szczecinka. Teraz ten dom zajmuje Feliksa Snopkowska z córką Genowefą, Feliksa jest matką Danuty i Genowefy, oraz babcią autora strony. Amen. I to w tym domu przychodzi na świat autor.
NASZ DOM W
SŁAWNIE
SŁAWNO 1950-1961
WEJŚCIE Z ULICY DO NASZEGO DOMU.Tatuś plutonowy-1952 rok. w tle powojenne gruzy, tak wyglądała połowa Sławna.Przed nami w Sławnie w domu przy ul. Jedności Narodowej 20 mieszkała siostra mojej mamy i moja chrzestna Danuta Nojman z mężem Czesławem, po kilku latach wyprowadziła się do Szczecinka, wtedy dom zajęła Babcia Feliksa z córką Gienią, do którego po ślubie Gieni wprowadza się Henryk. U dołu zdjęcia córka Danki i Częśka i moja kuzynka Alusia!!! Henryk w wojsku. Na zdjęciu od prawej: Danka, Czesław, Feliksa i Gienia. Mężczyzn z lewej nie znam. Czesiek pracował kilka lat w Urzędzie Bezpieczeństwa!
To musiał być listopad albo pierwsze dni grudnia. Na brudnym chodniku w Sławnie leżał mokry, na wpół roztopiony śnieg. Siedziałem na drewnianych sankach z oparciem, a przede mną szedł Tatuś, w długim, brązowym skórzanym płaszczu. Pamiętam, jak patrzyłem na jego plecy z dziecięcym podziwem, przejęty jego siłą i spokojem. To jest moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa. Na zdjęciu po lewej widać dom w Sławnie, przy ulicy Jedności Narodowej 20. To tam Tatuś, Henryk, zamieszkał po ślubie w 1950 roku z moją mamą, Genowefą Snopkowską. A mówiąc dokładniej, wprowadził się do swojej żony oraz jej matki, mojej babci Feliksy Snopkowskiej. Mieszkaliśmy tam wspólnie: rodzice, babcia, ja i moja siostra Mirosława, aż do czasu przeprowadzki do Gdyni. Jak sięgam pamięcią, Tatuś prowadził w Sławnie własną piekarnię. Po kilku latach komuniści mu ją jednak odebrali. Wtedy zatrudnił się w P.S.S. jako magazynier w magazynach alkoholu. Stamtąd rozwożono wódkę i wina po całym powiecie sławieńskim. Chętnie odwiedzałem Ojca w pracy, bo miałem tam wolny dostęp do magazynów pełnych wszelakich słodyczy. Dziesiątki drewnianych skrzyń kryły w sobie niezliczone ilości najróżniejszych cukierków, dla dziecka było to jak wejście do zaczarowanego świata. Za domem wciąż widniały powojenne rumowiska: góry gruzu i osmolone kikuty wypalonych budynków. Obok rozciągał się duży ogród z sadem. Pamiętam również, jak Dziadek Antoni zajeżdżał pod dom bryczką po Ojca i zabierał go do pracy w polu w Warszkowie, prosto po całonocnej zmianie w piekarni. Mamie wyjątkowo się to nie podobało. Według niej z Dziadkiem się nie dyskutowało, jego polecenia wykonywało się natychmiast i bez zastrzeżeń. Jedynym wyjątkiem, jak twierdziła, byłem ja, autor tych wspomnień.
MIRKA Z MAMĄ! 1957 ROK
SIOSTRA MOJA-Mirka-dla mnie “JAŚMINIAK”
Moja Siostra Mirosława-1965 rok.
Matka chrzestna autora strony-Neuman Dnuta-siostra mojej Mamy.
GDYNIA CHYLONIA
MEKSYK
MEKSYK-GDYNIA
Od lewej: stołowy z prawej sypialnia.
Oto Meksyk!
Na Meksyk w Gdyni-Chyloni Ul. Palmowa 22, przyjechaliśmy w styczniu lub lutym 1962r. Samochodem ciężarowym. Na mrozie pod plandeką siedziałem w tyle samochodu wśród naszych mebli i towarzystwie kota !! Z którymi nie rozstawałem się w Sławnie. Na pierwszym postoju „przesiedleńców” kotka uciekła.
Pompa do wody z Meksyku.
Na Meksyku mieszkaliśmy razem z babcią Feliksą Snopkowską mamą mojej mamy. Tatuś zatrudnił się w „POLCARGO”, jako liczmen!. Liczył załadunek towarów na statki w gdyńskim porcie. Ojciec, wolny czas spędzał, remontując dom, rąbał drewno do kuchni i pieców, gotował obiady i pracował w ogrodzie. Bardzo trudno było namówić mamie ojca, aby, ”ruszył” się gdzieś z domu! Tu czuł się najlepiej. Zrozumiałem to po latach, gdy sam wracałem z Morza. Kochałem mój dom i spokój w nim. Przed domem w Chyloni stała wielka żeliwna pompa do pompowania wody, którą w wiadrach nosiliśmy do domu. A latem każdego dnia dziesiątkami wiader podlewałem wielki ogród. Na zimę pompa owinięta była słomą, aby woda w niej nie zamarzła! Bywało i tak, że trzeba było rozpalać wokół niej ognisko, bo pompa zamarzała. Inne potrzeby załatwialiśmy poza domem. Latem kąpaliśmy się w wannie przed domem.
KLASYCZNY DALMOROWSKI BURTOWIEC Z POCZĄTKU LAT 60-TYCH.
To właśnie mieszkając na Meksyku, Tatuś Henryk BOROWCZYK zaczynał swoją przygodę z morzem, właśnie na takich burtowcach. Pierwszym „burtowcem” Tatusia, był „Syriusz”, na którym polską banderę podniesiono w Londynie 4 maja 1946 roku. Statek ten miał silnik o mocy 400 KM, co umożliwiało mu płynięcie z prędkością 9 węzłów………Dla mnie, to wielkie bohaterstwo mojego Ojca. Pierwsze połowy były na Morzu Północnym. W okresie jesiennozimowym, wali tam niemiłosiernie! Dopiero dzisiaj zobaczyłem tamten świat ojca. Wielki bohater! Jak wielka musiała być Jego determinacja i jak bardzo musiał nas kochać,… Wielki bohater.
P.P.D.i U.R. DALMOR-GDYNIA
W latach 1986-1987 Stocznia Gdańska im. Lenina zbudowała dla PPDiUR „Dalmor” dwa trawlery-przetwórnie typu B-408. Na zdjęciu, z lewej. Statkom tym nadano nazwy: „Dalmor II” GDY 305 i „Altair” GDY 306. Główne parametry techniczne tych statków były następujące: Długość całkowita 94,0 m, szerokość na wręgach 15,9 m, wysokość do pokładu głównego 7,3 m, pojemność brutto 3861 RT, silnik czterosuwowy na licencji firmy„Sulzer”omocy4477KM, autonomiczność żeglugi 80 dni. Mrożenie filetów i ryb odbywało się w tacach w pięciu zamrażarkach poziomych płytowych. Ogólna przepustowość urządzeń przetwórczych wynosiła do 110 t/dobę. W ładowniach utrzymywano temperaturę -28oC. Trawler „Dalmor II” był ostatnią jednostką firmy, Dalmor”,Która prowadziła połowy na różnych łowiskach wszechoceanu, w tym specjalistyczne połowy kryla na wodach Antarktydy.
W szczytowym okresie Dalmor zatrudniała ok. 7,5 tys. osób i dysponował flotą 70 statków. Jednostki Dalmoru rocznie odławiały 278 tys. ton ryb.
Oprócz wątków wspomnieniowych opisujących “ciekawostki” z Dalmoru, po niżej przewija się głęboki żal za zmarnotrawienie dorobku dziesiątków tysięcy pasjonatów, którzy najpierw odbudowali polską gospodarkę morską, po straszliwych zniszczeniach drugiej wojny światowej, a potem podnieśli ją do poziomu, którego mogło Polsce pozazdrościć wiele europejskich krajów, również dziś w komunie UE. Tylko naród, który panuje nad morzem wie, co to jest pomyślność i cieszy się dobrobytem. Każdy naród, który traci panowanie nad morzem traci równocześnie bogactwo nad morzem i wolność”. Nasza Gdynia była polskim oknem na świat. Wielka stocznia, Polskie Linie Oceaniczne, Dalmor i Wyższa Szkoła morska. Dzisiaj pozostał tylko port. Cała reszta została rozgrabiona…ROZGRABIONA!
Mój Tautś.
Kilka faktów o pracy mojego Tatusia na morzu w charakterze szefa kuchni… Nieprawdopodobnym wydaje się to, że po półrocznym rejsie bez portu(jeżeli był to tylko wtedy gdy ładownie były pełne ryby i tylko w Sanit-PierrelubSt. Johns– Canada)) tatuś w tych dwóch tygodniach pobytu w domu po rejsie, musiał codziennie chodzić na statek, choć na kilka godzin!!! Jak by nie liczyć, widzieliśmy Ojca przez dwa tygodnie w roku!! Kiedy była potrzeba pracował w rejsie po18 godzin na dobę!!! Dalmor gwarantował tylko 6 godzin nieprzerwanego snu. Jakieś pytania.?
Zarobki Tatusia były uwarunkowane ilością złowionej ryby przez załogę. Były miesiące, że zarabiał górę pieniędzy. Dodatkowo rybacy dostawali dzienny dodatek dewizowy w ilości kilkudziesięciu centów U.S.A.- Dodatek nie był wliczany był do Jego emerytury!
Rejs pierwszy; tyle dni w morzu:
180
Ilość dni w domu po rejsie:
14
Drugi rejs tyle dni w morzu:
180
Ilość dni w domu po dwóch rejsach:
100
Mój Tatuś
Blisko 40 lat na morzu, w Dalmorze.
Tatuś przez 40-lat pracował w gdyńskim Dalmorze, jako szef kuchni. W domu był gościem! Musiał utrzymać czteroosobową rodzinę, mama nie pracowała. Na statku do wykarmienia 110 osób załogi, do pomocy miał jeszcze dwie osoby! Przez 40 lat zawsze z dala od domu i rodziny. Bardzo ciężko pracował, całe życie.
WINCENTY SZARADOWKI Z RODZINĄ-MÓJ PRADZIADEK! BRAWO JA. Zdjęcie z 1890roku?
Na zdjęciu z lewej strony:
Z prawej Feliksa Snopkowska z siostrą Hanną Szaradowską(Glefterjades) i dziećmi, u dołu Gienia z Kazikiem, wyżej Danka. Siostra wyszła za Greka i mieszkała w w Fort lauderdale na Florydzie. Zdjęcie z 1936 roku. To ta Ciotka nauczyła mnie jeść jajka na mięko w kompotierce!
to dziadkowie mojej mamy, czyli pradziadkowie autora strony!!! Mój pradziadek Wincenty Szaradowski z żoną Marianną Szaradowską. W drugim rzędzie, od lewej: Feliksa Szaradowska(mama mojej mamy, czyli moja babcia!), Wyszła zamąż za Józefa Snopkowskiego mojego dziadka. Po ślubie zamieszkała w rodzinnej wsi męża w Grabkowie, mieli troje dzieci: Genowefę moją mamę, Danutę moją matką chrzestną i syna Kazimierza. W drugim rzędzie w białej bluzce z prawej(ta papuśna, to córka Teodozja(poznałem osobiście tą ciotkę. Byłem raz na wakacjacu u niej w Witoldowie. W trzecim rzędzie pierwsza od lewej to córka Wincentego Hanna(wyemigrowała do U.S.A). Wyszła za mąż za Greka i zamieszkała w miejscowości Fort lauderdale na Florydzie. Dalej syn Stanisław. Wincenty miał duże gospodarstwo rolne we wsi Czaple w pobliżu Miasteczka Lubień Kujawski. Niekłamana przyjemnością dla mnie jest patrzeć na Pradziadka. To z Niego płynie w połowie moja krew!
MOJA MAMA ZJĘCIE Z CZSÓW MEKSYKU...
MOJA MAMA
Mama z lewej 1946rok-Grabkowo
Moja mama Genowefa BOROWCZYK (Snopkowska),urodziła się 8 września 1932 roku w Grabkowie jako trzecie dziecko Józefa i Feliksy Snopkowskich, wnuczka Wincentego i Marianny Szaradowskich. Pozostałe dzieci z tego małżeństwa to: Kazimierz i Danuta(matka chrzestna autora strony), wszyscy urodzeni w Grabkowie na Kujawach. Okupację niemiecką w 1939roku spędza sama w opuszczonym domu rodzinnym jako siedmioletnia dziewczynka. Matka Feliksa, za ukrywanie świniaka zostaje jeszcze w tym 1939nroku zamknięta na 5 miesięcy w więzieniu we Wronkach, ojciec Józef wraz z synem Kazimierzem i córką Danutą zostają wywiezieni do pracy przymusowej dla niemca w głąb Rzeczypospolitej. Gienia ma lat 7 i zostaje sama w domu. Na około niemcy, żywi się tym co znajdzie na polu, lub tym co po kryjomu niemieckie dzieci wyniosą z domu. Kiedy Feliksa wychodzi z więzienia, natychmiast trafia do pracy u niemca w majątku oddalonym od Grabkowa o 40kilometrów….Jak ta sytuacja musiała zaważyć na psychice tej 7 letniej dziewczynki!? Nawet dzisiaj podczas wspominania tych czasów mamie ciekną wielkie łzy! niemiec, to obraza Rodzaju Ludzkiego! To nie są ludzie.
1948 Dzień Kobiet
Narada w Radzie Miasta
Mama 1948 rok.Sławno
Mama w środku1948rok-szkoła
Mama w środku1947rok
Mama z lewej 1946rok-Grabkowo
Z prawej Feliksa Snopkowska z siostrą Hanną Szaradowską(Glefterjades) i dziećmi, u dołu Gienia z Kazikiem, wyżej Danka. Siostra wyszła za Greka i mieszkała w w Fort lauderdale na Florydzie. Zdjęcie z 1936 roku. To ta Ciotka nauczyła mnie jeść jajka na mięko w kompotierce!
OTO KILKA ZDJĘĆ MOJEJ MAMY
MOJA MAMA
Na zdjęciu powyżej, mama z siostrą Danutą. Po lewej mama, ma 16lat. To zdjęcie zrobił “Brat zakonnik” Sławno 1947rok. Po prawej Moja Mama, przed szkołą w Sławnie, uwierzcie mi na słowo ja pamiętam tą chwilę, miałem wtedy 5 lat.
SŁAWNO, Ul. Jedności Narodowej 20
DZIEŃ PO ŚLUBIE--SŁAWNO
Moja mama(z prawej) z koleżankami. Sławno 1957rok.
Diabeł w ludzkiej skórze,to ja.
Poród w Polsce Ludowej w latach 50. rzadko bywał wydarzeniem radosnym i bezpiecznym. Szpitale funkcjonowały już w ramach scentralizowanego systemu opieki zdrowotnej, od 1948 roku wszystkie placówki medyczne były upaństwowione, jednak warunki często pozostawiały wiele do życzenia. Brakowało personelu, leków i podstawowego sprzętu. Znieczulenie przy porodach było luksusem dostępnym jedynie nielicznym kobietom w większych miastach. Rodzące traktowano zazwyczaj w sposób przedmiotowy, bardziej jako „pacjentki” niż matki. Mężczyźni nie mieli prawa wstępu na porodówkę, a kobiety zostawały same w obliczu bólu i strachu, bez możliwości obecności rodziny czy wsparcia emocjonalnego. Często wspomina się o chłodnym, wręcz brutalnym zachowaniu personelu, lekarze i położne uważali, że cierpienie przy porodzie jest czymś naturalnym i nie wymaga łagodzenia. W wielu mniejszych miastach, takich jak Sławno, w szpitalach pracowały siostry zakonne, które z wielkim oddaniem opiekowały się noworodkami i chorymi matkami. To właśnie one przez pierwsze dwa tygodnie zajmowały się Tobą, gdy Twoja mama walczyła o życie. Niebezpieczeństwo powikłań było ogromne, śmiertelność okołoporodowa matek i dzieci w Polsce należała wtedy do najwyższych w Europie. Cesarskie cięcie wykonywano rzadko i zazwyczaj tylko w sytuacjach bezpośredniego zagrożenia życia, często w pośpiechu i przy niedostatecznych warunkach higienicznych. Zdarzały się przypadki uszkodzeń noworodków, tak jak blizna na Twojej skroni trwały ślad po tamtym dramatycznym porodzie. Znieczulica lekarzy, którą wspominała Twoja mama, była efektem ówczesnej kultury medycznej: hierarchicznej, patriarchalnej i pozbawionej empatii. Lekarz miał „wiedzieć lepiej”, a pacjentka musiała milczeć i podporządkować się jego decyzjom. Twoja historia o Henryku, który zabrał do szpitala sąsiada, funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa, dobrze oddaje klimat tamtych lat. Strach przed represjami był tak wielki, że nawet lekarze, zwykle nietykalni, musieli liczyć się z groźbą człowieka w mundurze z pepeszą. To desperackie zachowanie ojca pokazuje, jak bardzo kochał swoją żonę i jak niewielkie zaufanie mieli zwykli ludzie do systemu ochrony zdrowia. I choć lekarze zakazali mamie zajść w ciążę przez dwa lata, los potoczył się inaczej. 1 września 1955 roku, dokładnie w rocznicę wybuchu wojny, przyszła na świat Twoja siostra Mirosława, kolejny dowód na to, że mimo traumy i trudności życie wciąż zwyciężało.
AUTOR-DIABEŁ W LUDZKIEJ SKÓRZE!!!
27 kwietnia 1954 roku Rodzi się Józef BOROWCZYK-waga 4,5kg. cera śniada włosy i oczy czarne! Diabeł w ludzkiej skórze. Słowa mamy.
BURTOWIEC.Od lewej: Mieczysław, Henryk BOROWCZYK(bracia ), i Józef-autor strony na rocznicy ślubu Mieczysława i Beni w Sławnie! Krew z krwi.
Kilka słów o tym jak stołowali się rybacy gdy statek był w morzu.? Pamiętam jak tatuś opowiadał, że na obiad rybak zjadał schabowych tyle ile tylko chciał…Myśliwska, czy “krakowska sucha”, jak i szynka z baleronem były podawane w dowolnych ilościach. Statkowy piekarz piekł 24godz na dobę świeże pieczywo: chleb, bułki i ciasta!!! Pamiętajmy, że były to lata 60-te,70-.te i 80-te. W kraju były tylko “nagie haki” Pracowali po18 godz. na dobę siedem dni w tygodniu, przez pół roku, w bardzo trudnych warunkach, bez rodziny. Kabiny były dwuosobowe. Gdy ja byłem na R/V Boguckim, tak dobrze nie było, ale i tu żarcie było wspaniałe 24 godz. na dobę. Podobnie jak w Dalmorze rybakowi należało się w tropiku 250 gram czerwonego wina do obiadu i grejpfrut do śniadania.
STARY ZARDZEWIAŁY ŚMIERDZĄCY WRAK NA PÓŁROKU ZASTĄPIŁ MI ŚWIAT!
To, że Kanadyjskie dziewczyny latały samolotami za rybakami, to szczera prawda!!! Tatuś po wigilii często opowiadał mi jak zakochane panienki czekały w porcie na Jasiów i Stasiów z Kaszub. A kiedy zmieniali port, latały samolotami za nimi! Mieszkały w czasie postoju w kabinach Jasiów! I zalewały się łzami gdy wracali do GDYNI. Porównywałem to zawsze z pilotami z dywizjonu 303. Pamiętam też, że pozostawione w aptece w St. Jons rękawiczki czekały na Niego w miejscu gdzie je zostawił! Po pół roku! Tatuś opowiadał, że ta piosenka, której słuchacie, wiernie oddaję tamte czasy, atmosferę i panienki!!!
"BURTOWCWE"-POCZĄTKI NA MORZU
To właśnie na tym SYRIUSZU, zaczyna Tatuś przygodę z Dalmorem w połowie lat60-tych!!!
Tatuś Henryk Borowczyk rozpoczął swoją przygodę z morzem na burtowcach. Jego pierwszym statkiem był „Syriusz”, na którym polską banderę podniesiono w Londynie 4 maja 1946 roku. Statek ten był wyposażony w silnik o mocy 400 KM, co pozwalało mu na osiąganie prędkości 9 węzłów. Dla mnie to ogromne bohaterstwo mojego ojca. Pierwsze połowy odbywały się na Morzu Północnym, gdzie w okresie jesienno-zimowym warunki były niezwykle trudne. Dopiero dzisiaj dostrzegam tamten świat mojego ojca. To prawdziwy bohater! Jego determinacja musiała być ogromna. Wielki bohater. W czasach prosperity firma zatrudniała około 7,5 tysiąca osób i dysponowała flotą 70 statków, osiągając roczny połów na poziomie 278 tysięcy ton ryb.
Mój Tatuś BOROWCZYK-40 lat na morzu!
Zamustrowani Rybacy wchodzą na burtę!
Pierwsze trawlery
Pierwsze burtowce Dalmoru. Na takich zaczynał mój Tatuś!Połowy odbywały się na: Georges Bank. Nowa Funlandia Canada. Po zapełnieniu ładowni trawlery wpływały do Sint John, lub Saint Pierre !!! Postój kilka dni i ponownie łowisko na kilka miesięcy!.
otrzymane z UNRRA, Dalmor eksploatował na Bałtyku i Morzu Północnym, stopniowo rozszerzając zasięg swojego działania-od Morza Barentsa, poprzez łowiska północno-zachodniego Atlantyku, południowego Atlantyku, szelfu Peruwiańskiego, aż po Antarktydę. Warunki pracy na takim statku, były straszne. Załoga, to rybacy z krwi i kości. Tylko Kaszubi mogli wykonywać tą pracę. Pierwsi kapitanowie tych jednostek to Holendrzy i Anglicy! Połowy odbywały się na Morzu Północnym, lub Georges Bank, u wybrzeży północnej Kanady. To rejony o wybitnej sztormowej pogodzie. Waliło dzień i noc, całymi tygodniami, a ryby było mnóstwo! Rejsy trwały od kilku do kilkudziesięciu dni, w zależności od akwenu w którym odbywały się połowy. Tu wszystko było na słono, Nic na słodko! Warunki pracy straszne, bród, smród, wilgoć, sztormy i przeraźliwe zimno. Praca po 18 godzin. Tatuś miał 33 lata jak poszedł na morze. Wyobraźcie sobie chłopaka, który na oczy nie widział morza i podjął się tej pracy!!!? Ja przenigdy bym tego nie zrobił..Jakaż, musiała być silna wola u Ojca. Dla mnie bohater. Słowo honoru BOHATER! Te statki, miały duszę, podobnie jak wszystkie jednostki rybackie. W marynarce handlowej w większości pływali, ludzie biznesu, jak nic nie robić, a dużo zarobić! Ja taki byłem. Tatuś pytał mnie kiedyś: jak ty to robisz? Pływasz cztery lata, masz trzy samochody i super mieszkanie! Wszystko nowiutkie. Gdy opowiedziałem, to: Ziutek ty się nie boisz ? A jak cię złapią ? To jaki to wstyd
“APUS”1975 rok Tatuś wraca po 158 dniach.Trawler w Gdyni. Rodziny czekają na koniec odprawy, celnej i WOP!WYBIERAMY
będzie, Ziutek!!! Bój się ty boga. Mama nie raz namawiała Tatusia do handlu, ale zawsze napotykała jedno zdanie: Gienia, ja się do tego nie nadaję! Nie chcę i nie umiem. Kropka. A druga strona medalu, to pracujący tu ludzie, Kaszubi, “bosych antków” nie lubią i nie szanują. Do dzisiaj wydają swoje córki praktycznie tylko za Kaszubów!
Kiedyś rybak to był gość. Nie tylko pieniądze jakie zarabiali rybacy były dosyć wysokie. Taka wyprawa to była także prawdziwie męska przygoda. Po pól rocznym rejsie był w domu dwa tygodnie chodząc codziennie na statek!!! Po czym znikał na kolejne pół roku. Kto mógł temu podołać? Na obiad jadał po 10 schabowych, a kabanosy i myśliwską 24 godziny na dobę w dowolnych ilościach! TAK BYŁO JUŻ OD LAT 60-TYCH.
Mój Tatuś BOROWCZYK-40 lat na morzu!
ANTARKTYDA
DALMOR
MORZE BARENTSA
POWTÓRZE-TATUŚ JESTEŚ MOIM BOHATEREM. JA BYM TEGO NIE ZROBIŁ!!
HISTORIA JEDNOSTEK GDYŃSKIEGO DALMORU
Oto kilka jednostek na których zaczynał pracę Tatuś w Dalmorze. Napiszę szczerze, ja bym nigdy tego nie zrobił a strachliwym nie jestem! NIGDY. Dzisiaj widzę, jak bardzo poświecił się dla Rodziny. Miał ok 32. lata, morze widział i znał z widokówek.
TO PRAWDZIWY BOCHATER
Mój Tatuś z Warszawskiej lata-70te.GDYNIA, Ul. Warszawska 14. 1969 rok.
Od 1968 roku przeprowadzamy się, na ul. Warszawską 14 do centrum Gdyni. Motorem i sprawcą tej przeprowadzki jest mama. Ojciec w morzu. Mieszkanie kupione po znajomości, za dolary. Po raz pierwszy zamieszkaliśmy w bloku, obok innych rodzin !!! Ja z okna na czwartym piętrze rzucałem w idących chodnikiem ludzi czym popadło. Zachowywałem się jak małpa. Jeszcze nigdy nie oglądałem świata z tak wysoka. Co najwyżej z drabiniastego wozu załadowanego sianem. Z mojego okna w 1970 roku widziałem jak do tłumu stoczniowców idących z zamordowanym człowiekiem na drzwiach, czołgi strzelały z karabinów maszynowych!!! Mnie mama z domu puścić nie chciała, więc poszedłem trzepać dywany w kapciach. W kapciach, nie poleci rzucać kamieniami w wojsko i milicję. A jednak. Grudzień 1970. Wigilia. Na Warszawskiej Tatuś po powrocie z morza przesiadywał w domu. Wychodził z nami na spacery, plażę itp. Zdarzało się, że na wczasy. Do czasu gdy kupił dom w Rumunii. Ale o tym poniżej. Czas upływa Tatusiowi na pomieszkiwaniu z nami i zasłużonym odpoczynku!
Ten dom w Rumii Tatuś kupił za 6000 dolarów, równowartość jednego półrocznego rejsu Kuwejt-Kapsztad. Nigdzie tak dobrze nie jadaliśmy!! Przyjmowani byliśmy zawsze bardzo ciepło i serdecznie.
Moja mama 2023-04-07.
JAK POWSTAŁ DOM TATUSIA W RUMI
Po powrocie Tatusia z “Pewexu”, moi rodzice wybrali się z wizytą do Mamy Halinki, gdzie zamieszkałem z żoną zaraz po ślubie. Podczas rozmowy zastanawialiśmy się co zrobi Tatuś z zarobionymi w rejsie dolarami? Wziąłem do ręki gazetę, może dom? Powiedziałem. Przeglądam ogłoszenia z nieruchomościami na sprzedaż, i jest! Dom w Rumunii (czytaj w Rumii), sprzedam. Stan surowy zamknięty. Tatuś dom ten kupił za 6600 dolarów. Równowartość jednego , półrocznego rejsu!!!
Od lewej: bracia :Mieczysław i Henryk BOROWCZYK, oraz Józef BOROWCZYK, syn Henryka-autor strony, na rocznicy ślubu Mieczysława i Beni w Sławnie! Krew z krwi!!!
A teraz coś więcej o tym rejsie Ojca. Statek pływał pod banderą Kuwejtu, na trasie Zatoka Perska, Kapsztad w R.P.A. W tym czasie miała tam miejsce wojna Iracko Irańska, jeśli pamiętacie lata 80-te. Głośno było o kilku zatopionych statkach, po obu stronach konfliktu! Po pół roku, Tatuś przysłał mamie telegram, że ma już dosyć arabów i chce wracać do domu. A teraz po kolei.
Tatuś, na Morzu Barentsa! 1980 rok
Mama położyła się w Szpitalu Morskim w Gdyni, jako bardzo poważnie chora. Lekarz wystawił oficjalną dokumentację, o tragicznym stanie zdrowia pacjentki! Ja, ten dokument w rękę i maluchem na lotnisko do Gdańska. Malucha na parking i w samolot. Byłem w Warszawce ok.13 W taksówkę i do Pol Servisu (Tak nazywała się firma wysyłająca marynarzy na kontrakty dolarowe). W windę i szukam pokoju w wielkim wieżowcu. Znalazłem, przedstawiam się i z miną nr.7, informuję gościa, o tragicznym stanie zdrowia żony Henryka BOROWCZYK, i podaję opinię lekarską ze szpitala. Firma wyraża zgodę na powrót Tatusia do domu, ale…pokryje tylko połowę biletu lotniczego z Kapsztadu! Zjeżdżam na dół i lecę na pocztę, by wysłać telegram do Ojca. Załatwione-Wracasz!! Taksówką do hotelu w pobliżu Okęcia i spać. Rano budzi mnie recepcja, taksówka czeka i na lotnisko. Po godzinie jestem w Gdańsku, w malucha i do szpitala do mamy. Załatwione. Za tydzień, lub dwa będzie w domu! Wszystko w nie całe 24 godziny. W połowie lat 80-tych, to rekord. Wrócił cały! Dolary zaszyte w marynarce za podszewką! 7000 dolarów. Dlaczego za podszewką? Na kontrakcie, było napisane, że miesięcznie zarabiał 500 dolarów, w rzeczywistości było jeszcze raz tyle. I komuniści na granicy mogli kasę zabrać.
Ja na tej zatoce byłem kilka lat później, a jeszcze się tłukli. Na M/S “Zygmunta Starego”,(statek na którym płynąłem) amerykańscy żołnierze weszli z helikopterów, zagonili nas do mesy i przeszukiwali statek, czy nie przewozimy broni!? Straszno i ciekawie.
Tylko raz mieliśmy szanse zobaczenia się w porcie, po za granicami Polski. Było to w Las Palmas, i kiedy ja tam zacumowałem na statku “Warszawa”, to “Al Kahli” Ojca od dwóch godzin już nie było! Tatuś płynął do Angoli, a ja za Nim, tyle, że na Afrykę środkową. Rejs: Szczecin, przez Hamburg, do Dakaru, Lome, Togo, Senegal , Monrowia i Wybrzeże Kości Słoniowej. Bardzo chciałem zobaczyć Tatusia. Spotkaliśmy się po kilkunastu miesiącach w GDYNI. Zastawiony wspaniale stół w Rumii i piła o morzu.
Mirka, Mama i Tatuś BOROWCZYK, na chrzcinach Franka. Hotel Nadmorski. 2011 rok. Tatuś, był już poważnie chory!!!
Salon gier na promie.2010 rok.
RODZYNEK
OKŁADKA ŻYCZEŃ
Okładka jest malowana ręcznie, farbą olejną!
Jednostka łączności, w Prostyni
ŻYCZENIA Z WOJSKA, DLA GIENI.
Tatuś z mamą. Sławno 1952 rok.
Podczas odwiedzin u rodziców w Rumii, na trzydziestej piątej rocznicy ślubu, wyprosiłem wspaniałą pamiątkę jaką przesłał Tatuś Mamie z wojska. Oto ona. Oryginalna gałązka wrzosu !!!
CZUŁEM SIĘ ZAGUBIONYM PO ŚMIERCI OJCA, CHOĆ NIGDY NIE KIEROWAŁ MOIM ŻYCIEM.
DO ZOBACZENIA TATUŚ
Małe Warszkowo: ..
Nie raz w życiu patrzyłem na bliskich w potrzebie i pytałem Boga, co mam zrobić. Często brakowało mi odpowiedzi, czasem nie wiedziałem jak pomóc, czasem moja pomoc nie była przyjęta. Tak już jest, że ci, których powinniśmy znać najlepiej, pozostają dla nas tajemnicą. A jednak miłość do nich nigdy nie gaśnie. Dziś wielu z tych, których kochałem, już nie ma. Nie zdążyłem poznać ich w pełni, lecz wciąż z nimi rozmawiam. W samotności mojego Warszkowa odnajduję ich obecność: w szumie wiatru na torfowiskach, w rytmie pracy dawnych dni i w nadziei, że kiedyś spotkamy się ponownie.To moje wspomnienia, moja modlitwa i moja wdzięczność. To historia mojej rodziny Borowczyków z Warszkowa.
2022.04.05.
CZCIJ OJCA SWEGO…Pamiętaj synu, pewnych rzeczy nie wolno ci w życiu robić, nigdy i za żadne pieniądze…PAMIĘTAJ.
BOROWCZYK
Przeżył życie długie, pracowite i niełatwe.
TATUŚ
Wydawało mi się zawsze, że nic złego nie może Go nigdy spotkać! Kiedy zadzwoniła do mnie mama z wiadomością, że Naszego Tatusia właśnie “zabrało” pogotowie to, na początku nie zrozumiałem, o co chodzi? Bo nic nie zapowiadało, że to już. Tatuś po prostu zgasł w ciągu kilkunastu dni. Kiedy w szpitalu pytałem lekarza, DLACZEGO!! Usłyszałem: “proszę cieszyć ojcem, bo zostało bardzo niewiele czasu.. Jego serce przestało bić. Odszedł z tego świata w szpitalu w Wejherowie na oddziale chorób płuc. Do samego końca byłem przy Nim, trzymając Tatusia za spracowane duże dłonie. Bardzo Cię kocham Tatuś powiedziałem w ostatnich chwilach jego życia, wtedy otworzył jeszcze szeroko oczy były białe, jakby zamglone. Spojrzałem w nie…wybacz mi Tatuś proszę Cię. W wielu kwestiach nie zgadzaliśmy się, prawie w żadnych, się nie zgadzaliśmy, ale zawsze traktowałeś mnie jak syna i to nie dlatego, że byłeś inny niż ja, ale dlatego, że byliśmy tacy SAMI. Mam tylko nadzieję, że byłem równie prawym Borowczykiem jak TY. Zostawił mnie z tysiącem pytań w środku. Jak Ojciec umiera to czas na dojrzewanie? Kocham Cię Tatuś…Na wszystko inne, już za późno.
Dziękuję p. BOROWCZYK.
Zdjęcie zrobione w domu Tatusia w Rumii.Mrosława i Henryk BOROWCZYK. Tatuś z Córką!
Genowefa i Mirosława BOROWCZYK. Matka z Córką.
Pozwoliłem Ci odejść Tatuś, ale nie mogłem pozwolić, aby świat zapomniał o Tobie Tatuś!- Syn.