PIERWORODNY SYN ANTONIEGO I GERTRUDY

BOROWCZYK HENRYK

JETEŚ MOIM WSZYSTKIM CZYM JESTEM. KOCHAM CIĘ.


Jest 20 Listo­pada 1928 roku. Rok po ślu­bie Anto­niego i Ger­trudy BOROWCZYK- przy­cho­dzi na świat w Gor­da­no­wie ich pier­wo­rodny syn Hen­ryk. Matka: Ger­truda Borow­czyk z domu Dłu­żyń­ska ma lat 18 a ojciec Antoni BOROWCZYK lat 20. Metryka uro­dze­nia-­Gor­da­nowo 55/1928 r. Hen­ryk jest wnu­kiem Józefa i Pela­gii. Mężem Geno­wefy Snop­kow­skiej z Grab­kowa. Ojcem Józefa i Miro­sławy. Dzia­dek i przy­ja­ciel wnu­ków: Łuka­sza i Michała, Ani i Tomka. Pradzia­dek: Anto­niego, Fran­ciszka, Agatki, Ewy i Marty BOROWCZYK. Zmarł 2012–08 – 05. Żył 84 lata. Prze­pra­co­wał 40 lat na morzu, w Dal­mo­rze!

Tatuś autora strony. 

 Pochowany na cmentarzu witomińskim w Gdyni.

Na zdjęciu: Borowczyk Henryk z rodzicami; Antonim i Gertrudą BOROWCZYK. Grudziądz 1931 rok.

STRONĘ TĄ POŚWIĘCAM MOJEMU OJCU HENRYKOWI

Syn - BOROWCZYK Józef - autor strony.

....BĘDZIESZ CZCIŁ OJCA SWEGO I MATKĘ SWOJĄ.....

BOROWCZYK HENRYK Z RODZINĄ

...Pamiętaj Ziutek, pewnych rzeczy nie wolno ci w życiu robić, nigdy i za żadne pieniądze. Pamiętaj...

MIEJSCE URODZIN

GORDANOWO

WIELKA KLONIA 1940 ROK. OD LEWEJ NA GORZE: GIENIA-BABCIA GERTRUDA HENRYK-ANTONI-ROMUALD-NA KOLANACH MAMY SIEDZI WALDEMAR OBOK STOI MIECZYSŁAW B O R O W C Z Y K. W MIĘDZYCZASIE UMARŁO BOROWCZKOM TROJE DZIECI.

BOROWCZYK Henryk urodził się 20 listopada 1928 roku w Gordanowie, w domu rodzinnym swojej matki Gertrudy Dłużyńskiej(Borowczyk), dom należał do majątku ziemskiego, którego zarządcą był ojciec Gertrudy, Robert Dłużyński. Zarządcą nie właścicielem. W 1930 roku rodzina przenosi się do Unisławia, tu na świat przychodzi młodszy brat Henryka Romuald. W 1934 roku, przeprowadzają się do Sarnowa. Tu z kolei rodzi się trzecie dziecko Antoniego i Gertrudy-Genowefa Antonina BOROWCZUK.W 1935 roku wraz z rodzicami i rodzeństwem przenosi się go Gorzuchowa, wsi należącej do majątku Generała Hallera. U generała Antoni BOROWCZYK otrzymuje zatrudnienie jako kamerdyner do opieki nad gośćmi generała, czasami podaje też do stołu, gdy zachodzi taka potrzeba. W latach 1935-1936 Henryk uczęszcza do szkoły podstawowej w Robakowie, wsi w pobliżu Gorzuchowa. W 1937 roku wraz z całą rodziną przeprowadza się do Wielkiej Klonii, gdzie mieszka do zakończenia drugiej wojny światowej. W 1945 roku, przeprowadza się do Warszkowa-20km. od Słupska. Na Ziemie Odzyskane. W Sławnie  poznaje Genowefę Snopkowską,  z którą bierze ślub i zakłada swoją rodzinę a ich pierworodnym dzieckiem zostaje autor tych wspomnień BOROWCZYK Józef ur. w 1954roku w tym że Sławnie.

MÓJ BOHARER
p.BOROWCZYK HENRYK

Prawie nie znałem swojego Tatusia! Wspominanie Ojca; u mnie zawsze są to momenty trudne i z biegiem czasu coraz bardziej wzruszające. Moje dzieciństwo i młodość ojciec spędził na morzu. Nie było Go w domu. Był to czas gdy nikt nie dmuchał w moje skrzydła. To był okres kiedy naprawdę potrzebowałem jakiejkolwiek przeciwwagi! Pamiętam ciepłą, dużą i spracowaną dłoń Tatusia, naszą prawdziwie wierną przyjaźń, Jego prostotę, szczerość i otwartą wesołość. Taki typowy, do bólu normalny, żyjący swoim tempem żeby nie napisać nudny! Z dużą osobistą wrażliwością. Tatuś przez lata te dobre i gorsze szukał Boga i pozwalał się znajdować! Kiedy był w domu, zawsze chodziliśmy całą rodziną do kościoła, był w moim życiu wielkim nieobecnym. Dzisiaj są to wspomnienia pełne emocji. Niestety nie z za jego nogawek wtedy poznawałem świat. Był szczerze skromny. Absolutnie wierzył w to co robił. Kochał Nasze nazwisko!

Wielki nieobecny mój bohater! Byłem przy Ojcu do jego ostatniej chwili gdy umierał…DO KOŃCA.

BOROWCZYK HENRYK Z SYNEM
 

KILKA FAKTÓW Z ŻYCIA MOJEGO OJCA.

Tatuś, byłeś bohaterem mojego życia.

Mój Tatuś, BOROWCZYK Henryk był wielkim miłośnikiem i „znawcą” koni. Konie przywoływały Tatusiowi dzieciństwo i jedyne pozytywne wspomnienia-to jest jak napiętnowanie chłopca! Zawsze związany uczuciowo z Mamą Gertrudą! Ostatnie sekundy przed śmiercią gdy trzymałem Ojca za dłonie, wymawiał tylko- Mama POMÓŻ,  Mama POMÓŻ. Ojca Antoniego wspominał jako bardzo nerwowego i zaborczego…kochał zwierzęta,  ludzi prawych i prawdziwych. Miał dar rozpoznawania dobra, …. ale, nie potrafił przeciwstawiać się bylejakości u innych. Bardzo kochał nasze nazwisko. Codziennie gdy modlę się rano i wieczorem do Pana Boga pozdrawiam Ojca jego słowami, którymi zawsze witał mnie, przy każdym naszym spotkaniu , podobnie jak Leszek i Dziadek Antoni,

Cześć Panie BOROWCZYK

Ja mojego Ojca poznałem dopiero po Jego śmierci…

WIELKA KLONIA 1942 ROK. PRZYJĘCIE ROMKA. OD LEWEJ: BABCIA GERTRUDA, ROMEK, BOŻENA, ANTONI(PIESEK NA KOLANACH ANTONIEGO PRZYJECHAŁ W 1954ROKU WRZA Z CAŁĄ RODZINĄ DO WARSZKOWA), PONIŻEJ STOJĄ WALDEMAR I MIECZYSŁAW. HENRYK STOI ZA OJCEM.
Sławno 1947rok
Sławno 23-01-1949rok
MOI RODZICE-BRAWO MY!!!
Rejestracja Ślubu moich Rodziców odbyła się: w 1951-02-01 w Urzędzie Stanu Cywilnego w Sławnie. Nr. 7/1951r.
JAK POZNALI SIĘ MOI RODZICE

SŁAWNO

1947 rok, Sławno, szkoła zawodowa, to tu poznają się moi rodzice! Henryk ma lat 20 a Gienia 16.
Snopkowska Genowefa z Grabkowa. Sławno 1948rok. Tu na zdjęciu ma 16 lat. „Z dedykacją Mojemu Kochanemu Heniowi”.

Poznałam mojego męża Henryka BOROWCZYK w szkole, do której razem uczęszczaliśmy. Któregoś dnia Henryk podszedł do mnie i zaproponował, że odniesie mi teczkę z książkami do domu. Po kilku tygodniach zaczął mnie odwiedzać. Henryk, będąc uczniem w

szkole, był też uczniem w piekarni u niejakiego p. Godzieskiego w Sławnie, gdzie miał swój pokój na piętrze. Wspominał mi kiedyś, że Antoni bardzo chciał ożenić go z córką właściciela tejże piekarni. Podobno pewnego dnia rodzice Henryka przyjechali do niego, by porozmawiać o tym

Tatuś z mamą. Sławno 1952 rok. Plutonowy Borowczyk uciekł z jednostki w Prostyni(służył w jednostce łączności) żeby zobaczyć się z żoną! KOZAK! Zrobić to w tych czasach! KOZAK!!

małżeństwie i dowiedzieć się co myśli o tym związku. Jak mieli mu wyjawić podczas rozmowy-narady- otrzymali już zgodę w właściciela piekarni i jego córki! Henryk miał odpowiedzieć Ojcu Antoniemu, że kocha Gienie. Nigdy więcej Antoni nie naciskał na syna w tej sprawie… Pewnego razu przed ślubem, Henryk zaprosił Genie na spacer po Słupsku, na spacerze wstąpili do jubilera, gdzie  kupił narzeczonej i sobie obrączki. Obrączka Geni miała próbę 585 a Henryka 333, bo na tyle tylko starczyło kawalerowi pieniędzy. Dwa miesiące później do domu Geni w Sławnie przy ul. Jedności Narodowej 20 zajechali Antoni i Gertruda z Henrykiem, i to wtedy nastąpiły oficjalne zaręczyny Henryka z Genią Snopkowską. Okres narzeczeństwa trwał około roku. 2 lutego 1950r. Rodzice biorą ślub w Sławnie i tego samego dnia Henryk przeprowadza się do żony. Para nowożeńców pojechała do kościoła wolantem zaprzężonym w cztery konie. Wolant był własnością Gminnej Rady Narodowej w Sławnie. Rodzice Henryka spóźnili się na uroczystość kościelną z powodu źrebiącej się klaczy! Wesele odbyło się w domu panny młodej. Ze strony Henryka na weselu byli jego rodzice i prawdopodobnie ktoś z rodzeństwa. A pannę młodą reprezentowała mama Feliksa i jej brat Felek Szaradowski, oraz siostra mamy Danuta Nojman, z mężem Czesławem . Był też Przewodniczący Rady Narodowej i Dowódca straży pożarnej. Wesele trwało trzy dni…..Przed ślubem Henryka, ojciec Antoni miał często odwiedzać, z dużą torbą siedzibę W.K.U. W Sławnie (Wojskowa Komenda Uzupełnień) by odroczyli służbę wojskową synowi. Już po ślubie Henryk bardzo szybko zaprzyjaźnił się z mundurem. Tatuś zawsze bardzo mile wspominał okres spędzony w wojsku, jednostka łączności. Przysięga odbyła się w Prostyni w okolicach Wałcza. Dopiero trzy lata po ślubie i rok po powrocie Ojca z wojska przychodzi na świat Józef. Moje narodziny przebiegały z dużymi problemami….

NARZECZENI- RODZICE AUTORA HENRYK Z ŻONĄ. Moje ulubione zdjęcie rodziców. 195orok
Na odwrocie tego zdjęcia: Swojemu Najdroższemu Heniulkowi-Gienia-Sławno 14-02-1950. Zdjęcie zrobił Braciszek zakonnik.

Na zdjęciu z prawej Henryk Borowczyk z Gienią Snopkowską, jak narzeczeni. Zdjęcie zrobione w sławieńskim parku w 1952 roku. To jest moje ulubione zdjęcie moich rodziców. Pamiętam, że czasami pędziłem na rowerku do piekarni Ojca po ciepłe bułki i bajecznie smaczny, gorący jeszcze makowiec!!! Mama w domu obierała wanny jabłek na szarlotkę i jabłeczniki do piekarni. Tak było. A jabłka mieliśmy z własnego wielkiego ogrodu za domem, Wokół domu były jeszcze powojenne gruzy zrujnowanych domów! 1960 rok. Pamiętam też, jak jeździliśmy z Ojcem wielkim Starem po drzewo do leśniczego załatwiane na lewo do piekarni Czułem u Ojca duże zdenerwowanie… WSPANIALE.-BRAWO. MY

 
Rejestracja Ślubu moich Rodziców odbyła się: w 1951-02-01 w Urzędzie Stanu Cywilnego w Sławnie. Nr. 7/1951r. Ślub odbył się w kościele, pod wezwaniem N.M.P. w Sławnie tego samego dnia.

HENRYK I GENOWEFA BOROWCZYK

HENRYK I GENOWEFA MIELI DWOJE DZIECI: JÓZEFA I MIROSŁAWĘ

MOI RODZICE HENRYK I GENOWEFA BOROWCZYK

SYN-MAMA-TATUŚ!!
PAMIĘTAJ CZCIĆ OJCA SWEGO I MATKĘ SWOJĄ!!!

Kilka słów o naszym domu w Sławnie...

Pod koniec lat 50-tych, dom przy ul. Jedności Narodowej 20-stał się własnością Czesława i Danuty Nojman. Danuta jest siostrą mojej mamy i moją matką chrzestną. Małżeństwo poznało się w Grabkowie, wsi położonej w pobliżu Kowala Grabkowo jest miejscem urodzenia Danuty. Tu ma miejsce ślub tej pary i tu na świat przychodzi ich pierwsza córka Alusia. Jeszcze w tym że Grabkowie Czesław(był synem kowala i miał trzech braci) wstępuje do Urzędu Bezpieczeństwa. W 1947 roku przyjeżdża z braćmi do Sławna i z racji zajmowanego stanowiska otrzymuje prawo do zamieszkania w tym lokalu!!! W tym domu przychodzi na świat autor strony.

Odtwórz wideo
NASZ DOM W

SŁAWNIE

SŁAWNO 1950-1961

 

WEJŚCIE Z ULICY DO NASZEGO DOMU.
Tatuś plutonowy-1952 rok. w tle powojenne gruzy, tak wyglądała połowa Sławna.
Przed nami w Sławnie w domu przy ul. Jedności Narodowej 20 mieszkała siostra mojej mamy i moja chrzestna Danuta Nojman z mężem Czesławem, po kilku latach wyprowadziła się do Szczecinka, wtedy dom zajęła Babcia Feliksa z córką Gienią, do którego po ślubie Gieni wprowadza się Henryk. U dołu zdjęcia córka Danki i Częśka i moja kuzynka Alusia!!! Henryk w wojsku. Na zdjęciu od prawej: Danka, Czesław, Feliksa i Gienia. Mężczyzn z lewej nie znam. Czesiek pracował kilka lat w Urzędzie Bezpieczeństwa!

To musiał być Listopad, lub pierwsze dni grudnia, na brudnym sławieńskim chodniku leżał mokry na wpół roztopiony śnieg. Ja siedziałem na drewnianych sankach z oparciem, przede mną Tatuś w długim brązowym płaszczu skórzanym i mój wielki podziw dla Jego siły. To są moje pierwsze wspomnienia z dzieciństwa. Na zdjęciu po lewej dom w Sławnie, przy ulicy Jedności narodowej 20, dom w którym Tatuś Henryk zamieszkał  po ślubie (1950) z żoną Genowefą Snopkowską, a dokładnie to wprowadził się do mamy i jej matki, a mojej babci Feliksy Snopkowskiej.Mieszkaliśmy  tu razem z siostrą Mirosławą, rodzicami i babcią do czasu „przeprowadzki”, do Gdyni. Jak sięgam pamięciom, Tatuś miał w Sławnie swoją piekarnię, którą po kilku latach komuniści mu zabrali. Wtedy zatrudnił się w  P.S.S. Jako magazynier magazynów alkoholu. To z tych magazynów rozwożono wódkę i wina po całym powiecie Sławieńskim. Ja chętnie odwiedzałem Ojca w pracy, bo..miałem wolny wstęp bo magazynu wszelakiej maści słodyczy. Dziesiątki drewnianych skrzyń a w nich nieprzebrane ilości najróżniejszych cukierków! Warto dodać, że na tyłach domu były jeszcze powojenne „rumowiska”, góry gruzu i osmolone kikuty domów”! W pobliżu wielki ogród z sadem. Pamiętam też, jak Dziadek Antoni zajeżdżał bryczką po Ojca i zabierał Go do pracy w polu w Warszkowie, po całonocnej pracy w piekarni. Właśnie to wyjątkowo nie podobało się mojej mamie. W/G Mojej mamy: z Dziadkiem się nie dyskutowało, wykonywano polecenie natychmiast i bez szemrania. Jedynym wyjątkiem był autor tych wspomnień!

 

 
GDYNIA CHYLONIA

MEKSYK

Oto Meksyk!

Na Meksyk w Gdyni-Chyloni Ul. Palmowa 22, przyjechaliśmy w styczniu lub lutym 1962r. Samochodem ciężarowym. Na mrozie pod plandeką siedziałem w tyle samochodu wśród naszych mebli i towarzystwie kota !! Z którymi nie rozstawałem się w Sławnie. Na pierwszym postoju „przesiedleńców” kotka uciekła.

Pompa do wody z Meksyku.

Na Meksyku mieszkaliśmy razem z babcią Feliksą Snopkowską mamą mojej mamy. Tatuś zatrudnił się w „POLCARGO”, jako liczmen!. Liczył załadunek towarów na statki w gdyńskim porcie. Ojciec,  wolny czas spędzał, remontując dom, rąbał drewno do kuchni i pieców, gotował obiady i pracował w ogrodzie. Bardzo trudno było namówić mamie ojca, aby, ”ruszył” się gdzieś z domu! Tu czuł się najlepiej. Zrozumiałem to po latach, gdy sam wracałem z Morza. Kochałem mój dom i spokój w nim. Przed domem w Chyloni stała wielka żeliwna pompa do pompowania wody, którą w wiadrach nosiliśmy do domu. A latem każdego dnia dziesiątkami wiader podlewałem wielki ogród. Na zimę pompa owinięta była słomą, aby woda w niej nie zamarzła! Bywało i tak, że trzeba było rozpalać wokół niej ognisko, bo pompa zamarzała. Inne potrzeby załatwialiśmy poza domem. Latem kąpaliśmy się w wannie przed domem.

KLASYCZNY DALMOROWSKI BURTOWIEC Z POCZĄTKU LAT 60-TYCH.

To właśnie mieszkając na Meksyku, Tatuś Henryk BOROWCZYK zaczynał swoją przygodę z morzem, właśnie na takich burtowcach. Pierwszym „burtowcem” Tatusia, był „Syriusz”, na którym polską banderę podniesiono w Londynie 4 maja 1946 roku. Statek ten miał silnik o mocy 400 KM, co umożliwiało mu płynięcie z prędkością 9 węzłów………Dla mnie, to wielkie bohaterstwo mojego Ojca. Pierwsze połowy były na Morzu Północnym. W okresie jesiennozimowym, wali tam niemiłosiernie! Dopiero dzisiaj zobaczyłem tamten świat ojca. Wielki bohater! Jak wielka musiała być Jego determinacja i jak bardzo musiał nas kochać,… Wielki bohater.

 

P.P.D.i U.R. DALMOR-GDYNIA

Mój Tautś.

Kilka faktów o pracy mojego Tatusia na morzu w charakterze szefa kuchni… Nieprawdopodobnym wydaje się to, że po półrocznym rejsie bez portu(jeżeli był to tylko wtedy gdy ładownie były pełne ryby i tylko w Sanit-Pierre lub St. Johns– Canada)) tatuś w tych dwóch tygodniach pobytu w domu po rejsie, musiał codziennie chodzić na statek, choć na kilka godzin!!! Jak by nie liczyć, widzieliśmy Ojca przez dwa tygodnie w roku!! Kiedy była potrzeba pracował w rejsie po18 godzin na dobę!!! Dalmor gwarantował tylko 6 godzin nieprzerwanego snu. Jakieś pytania.? 

Zarobki Tatusia były uwarunkowane ilością złowionej ryby przez załogę. Były miesiące, że zarabiał górę pieniędzy. Dodatkowo rybacy dostawali dzienny dodatek dewizowy w ilości kilkudziesięciu centów U.S.A.- Dodatek nie był wliczany był do Jego emerytury!

Rejs pierwszy; tyle dni w morzu:

180

Ilość dni w domu po rejsie:

14

Drugi rejs tyle dni w morzu:

180

Ilość dni w domu po dwóch rejsach:

100

Mój Tatuś

Blisko 40 lat na morzu, w Dalmorze.

Tatuś przez 40-lat pracował w gdyńskim Dalmorze, jako szef kuchni. W domu był gościem! Musiał utrzymać czteroosobową rodzinę, mama nie pracowała. Na statku do wykarmienia 110 osób załogi, do pomocy miał jeszcze dwie osoby! Przez 40 lat zawsze z dala od domu i rodziny. Bardzo ciężko pracował, całe życie.

TU PÓŁNOCNA KANADA 1970 ROK

MOJA MAMA-BOROWCZYK GENOWEFA-SNOPKOWSKA

WINCENTY SZARADOWKI Z RODZINĄ-MÓJ PRADZIADEK! BRAWO JA. Zdjęcie z 1890roku?

Na zdjęciu z lewej strony:

Z prawej Feliksa Snopkowska z siostrą Hanną Szaradowską(Glefterjades) i dziećmi, u dołu Gienia z Kazikiem, wyżej Danka. Siostra wyszła za Greka i mieszkała w w Fort lauderdale na Florydzie. Zdjęcie z 1936 roku. To ta Ciotka nauczyła mnie jeść jajka na mięko w kompotierce!

to dziadkowie mojej mamy, czyli pradziadkowie autora strony!!! Mój pradziadek Wincenty Szaradowski z żoną Marianną Szaradowską. W drugim rzędzie, od lewej: Feliksa Szaradowska(mama mojej mamy, czyli moja babcia!), Wyszła zamąż za Józefa Snopkowskiego mojego dziadka. Po ślubie zamieszkała w rodzinnej wsi męża w Grabkowie, mieli troje dzieci: Genowefę moją mamę, Danutę moją matką chrzestną i syna Kazimierza. W drugim rzędzie w białej bluzce z prawej(ta papuśna, to córka Teodozja(poznałem osobiście tą ciotkę. Byłem raz na wakacjacu u niej w Witoldowie. W trzecim rzędzie pierwsza od lewej to córka Wincentego Hanna(wyemigrowała do U.S.A). Wyszła za mąż za Greka i zamieszkała w miejscowości  Fort lauderdale na Florydzie. Dalej syn Stanisław. Wincenty miał duże gospodarstwo rolne we wsi Czaple w pobliżu Miasteczka Lubień Kujawski. Niekłamana przyjemnością dla mnie jest patrzeć na Pradziadka. To z Niego płynie w połowie moja krew!

MOJA MAMA ZJĘCIE Z CZSÓW MEKSYKU...
MOJA MAMA
Mama z lewej 1946rok-Grabkowo

Moja mama Genowefa BOROWCZYK (Snopkowska),urodziła się 8 września 1932 roku w Grabkowie jako trzecie dziecko Józefa i Feliksy Snopkowskich, wnuczka Wincentego i Marianny Szaradowskich. Pozostałe dzieci z tego małżeństwa to: Kazimierz i Danuta(matka chrzestna autora strony), wszyscy urodzeni w Grabkowie na Kujawach. Okupację niemiecką w 1939roku spędza sama w opuszczonym domu rodzinnym jako siedmioletnia dziewczynka. Matka Feliksa, za ukrywanie świniaka zostaje jeszcze w tym 1939nroku zamknięta na 5 miesięcy w więzieniu we Wronkach, ojciec Józef wraz z synem Kazimierzem i córką Danutą zostają wywiezieni do pracy przymusowej dla niemca w głąb Rzeczypospolitej. Gienia ma lat 7 i zostaje sama w domu. Na około niemcy, żywi się tym co znajdzie na polu, lub tym co po kryjomu niemieckie dzieci wyniosą z domu. Kiedy Feliksa wychodzi z więzienia, natychmiast trafia do pracy u niemca w majątku oddalonym od Grabkowa o 40kilometrów….Jak ta sytuacja musiała zaważyć na psychice tej 7 letniej dziewczynki!? Nawet dzisiaj podczas wspominania tych czasów mamie ciekną wielkie łzy! niemiec, to obraza Rodzaju Ludzkiego! To nie są ludzie.

OTO KILKA ZDJĘĆ MOJEJ MAMY

MOJA MAMA

Na zdjęciu powyżej, mama z siostrą Danutą. Po lewej mama, ma 16lat. To zdjęcie zrobił „Brat zakonnik” Sławno 1947rok. Po prawej Moja Mama, przed szkołą w Sławnie, uwierzcie mi na słowo ja pamiętam tą chwilę, miałem wtedy 5 lat.

SŁAWNO, Ul. Jedności Narodowej 20

DZIEŃ PO ŚLUBIE--SŁAWNO

Moja mama(z prawej) z koleżankami. Sławno 1957rok.

Pamiętam, jak moja mama wspominała swój poród ze mną. Ból, strach, przerażająca samotność, upokorzenie. Moje narodziny były dla mamy traumatycznym przeżyciem. Doświadczyła wszystkich serwowanych wówczas w szpitalu „atrakcji”, musiała zmierzyć się ze znieczulicą lekarzy. Ale do brzegu: urodziłem się przez cesarskie cięcie – do dzisiaj noszę dużą bliznę na skroni obok oka! Poród w Sławnie odbierał lekarz tak sprawnie, że zranił również mnie. Mama po porodzie była dwa Tygodnie nieprzytomna i praktycznie walczyła o życie.( byłem dwa tygodnie przenoszony) Mną w tym czasie zajmowały się zakonnice pracujące w tym szpitalu. Gdy Henryk dowiaduje się, o poważnym stanie zdrowia mamy zabiera z sobą do szpitala sąsiada „ubeka” w mundurze milicjanta i z bronią. Gdy weszli na salę, porodową ten miał powiedzieć lekarzowi, machając pepeszą w dłoni, jak ona umrze, to zobacz co cię czeka!! Narodziny super, naprawdę Super. Lekarze zabronili mamie zachodzenia w ciążę przez najbliższe dwa lata, a już rok później rodzi się moja siostra Mirosława!(1955-09-01).

AUTOR-DIABEŁ W LUDZKIEJ SKÓRZE!!!

27 kwietnia 1954 roku Rodzi się Józef BOROWCZYK-waga 4,5kg. cera śniada włosy i oczy czarne! Diabeł w ludzkiej skórze. Słowa mamy.

BURTOWIEC.
Od lewej: Mieczysław, Henryk BOROWCZYK(bracia ), i Józef-autor strony na rocznicy ślubu Mieczysława i Beni w Sławnie! Krew z krwi.

Kilka słów o tym jak stołowali się rybacy gdy statek był w morzu.? Pamiętam jak tatuś opowiadał, że na obiad rybak zjadał schabowych tyle ile tylko chciał…Myśliwska, czy „krakowska sucha”, jak i szynka z baleronem były podawane w dowolnych ilościach. Statkowy piekarz piekł 24godz na dobę świeże pieczywo: chleb, bułki i ciasta!!! Pamiętajmy, że były to lata 60-te,70-.te i 80-te. W kraju były tylko „nagie haki” Pracowali po18 godz. na dobę siedem dni w tygodniu, przez pół roku, w bardzo trudnych warunkach, bez rodziny. Kabiny były dwuosobowe. Gdy ja byłem na R/V Boguckim, tak dobrze nie było, ale i tu żarcie było wspaniałe 24 godz. na dobę. Podobnie jak w Dalmorze rybakowi należało się w tropiku 250 gram czerwonego wina do obiadu i grejpfrut do śniadania.

"BURTOWCWE"-POCZĄTKI NA MORZU

To właśnie na tym SYRIUSZU, zaczyna Tatuś przygodę z Dalmorem w połowie lat60-tych!!!

Tatuś Henryk BOROWCZYK zaczynał swoją przygodę z morzem, właśnie na takich burtowcach. Pierwszym „burtowcem” Tatusia, był „Syriusz”, na którym polską banderę podniesiono w Londynie 4 maja 1946 roku. Statek ten miał silnik o mocy 400 KM, co umożliwiało mu płynięcie z prędkością 9 węzłów………Dla mnie, to wielkie bohaterstwo mojego Ojca. Pierwsze połowy były na Morzu Północnym. W okresie jesiennozimowym, wali tam niemiłosiernie! Dopiero dzisiaj zobaczyłem tamten świat ojca. Wielki bohater! Jak wielka musiała być Jego determinacja. Wielki bohater.

W okresie prosperity firma zatrudniała ok. 7,5 tys. osób i dysponowała flotą 70 statków. Roczny połów sięgał 278 tys. ton ryb.

Zamustrowani Rybacy wchodzą na burtę!

Pierwsze trawlery

Pierwsze burtowce Dalmoru. Na takich zaczynał mój Tatuś!
Połowy odbywały się na: Georges Bank. Nowa Funlandia Canada. Po zapełnieniu ładowni trawlery wpływały do Sint John, lub Saint Pierre !!! Postój kilka dni i ponownie łowisko na kilka miesięcy!.

otrzymane z UNRRA, Dalmor eksploatował na Bałtyku i Morzu Północnym, stopniowo rozszerzając zasięg swojego działania-od Morza Barentsa, poprzez łowiska północno-zachodniego Atlantyku, południowego Atlantyku, szelfu Peruwiańskiego, aż po Antarktydę. Warunki pracy na takim statku, były straszne. Załoga, to rybacy z krwi i kości. Tylko Kaszubi mogli wykonywać tą pracę. Pierwsi kapitanowie tych jednostek to Holendrzy i Anglicy! Połowy odbywały się na Morzu Północnym, lub Georges Bank, u wybrzeży północnej Kanady. To rejony o wybitnej sztormowej pogodzie. Waliło dzień i noc, całymi tygodniami, a ryby było mnóstwo! Rejsy trwały od kilku do kilkudziesięciu dni, w zależności od akwenu w którym odbywały się połowy. Tu wszystko było na słono, Nic na słodko! Warunki pracy straszne, bród, smród, wilgoć, sztormy i przeraźliwe zimno. Praca po 18 godzin. Tatuś miał 33 lata jak poszedł na morze. Wyobraźcie sobie chłopaka, który na oczy nie widział morza i podjął się tej pracy!!!? Ja przenigdy bym tego nie zrobił..Jakaż, musiała być silna wola u Ojca. Dla mnie bohater. Słowo honoru BOHATER! Te statki, miały duszę, podobnie jak wszystkie jednostki rybackie. W marynarce handlowej w większości pływali, ludzie biznesu, jak nic nie robić, a dużo zarobić! Ja taki byłem. Tatuś pytał mnie kiedyś: jak ty to robisz? Pływasz cztery lata, masz trzy samochody i super mieszkanie! Wszystko nowiutkie. Gdy opowiedziałem, to: Ziutek ty się nie boisz ? A jak cię złapią ? To jaki to wstyd

„APUS”1975 rok Tatuś wraca po 158 dniach.
Trawler w Gdyni. Rodziny czekają na koniec odprawy, celnej i WOP!
WYBIERAMY

będzie, Ziutek!!! Bój się ty boga. Mama nie raz namawiała Tatusia do handlu, ale zawsze napotykała jedno zdanie: Gienia, ja się do tego nie nadaję! Nie chcę i nie umiem. Kropka. A druga strona medalu, to pracujący tu ludzie, Kaszubi, „bosych antków” nie lubią i nie szanują. Do dzisiaj wydają swoje córki praktycznie tylko za Kaszubów!

Kiedyś rybak to był gość. Nie tylko pieniądze jakie zarabiali rybacy były dosyć wysokie. Taka wyprawa to była także prawdziwie męska przygoda. Po pól rocznym rejsie był w domu dwa tygodnie chodząc codziennie na statek!!! Po czym znikał na kolejne pół roku. Kto mógł temu podołać? Na obiad jadał po 10 schabowych, a kabanosy i myśliwską 24 godziny na dobę w dowolnych ilościach! TAK BYŁO JUŻ OD LAT 60-TYCH.

MORZE BARENTSA
 

POWTÓRZE-TATUŚ JESTEŚ MOIM BOHATEREM. JA BYM TEGO NIE ZROBIŁ!!

HISTORIA JEDNOSTEK GDYŃSKIEGO DALMORU

Oto kilka jednostek na których zaczynał pracę Tatuś w Dalmorze. Napiszę szczerze, ja bym nigdy tego nie zrobił a strachliwym nie jestem! NIGDY. Dzisiaj widzę, jak bardzo poświecił się dla Rodziny. Miał ok 32. lata, morze widział i znał z widokówek. TO PRAWDZIWY BOCHATER

Mój Tatuś z Warszawskiej lata-70te.
GDYNIA; ul. Warszawska 14. 1968rok
GDYNIA, Ul. Warszawska 14. 1969 rok.

Od 1968 roku przeprowadzamy się, na ul. Warszawską 14 do centrum Gdyni. Motorem i sprawcą tej przeprowadzki jest mama. Ojciec w morzu. Mieszkanie kupione po znajomości, za dolary. Po raz pierwszy zamieszkaliśmy w bloku, obok innych rodzin !!! Ja z okna na czwartym piętrze rzucałem w idących chodnikiem ludzi czym popadło. Zachowywałem się jak małpa. Jeszcze nigdy nie oglądałem świata z tak wysoka. Co najwyżej z drabiniastego wozu załadowanego sianem. Z mojego okna w 1970 roku widziałem jak do tłumu stoczniowców idących z zamordowanym człowiekiem na drzwiach, czołgi strzelały z karabinów maszynowych!!! Mnie mama z domu puścić nie chciała, więc poszedłem trzepać dywany w kapciach. W kapciach, nie poleci rzucać kamieniami w wojsko i milicję. A jednak. Grudzień 1970. Wigilia. Na Warszawskiej Tatuś po powrocie z morza przesiadywał w domu. Wychodził z nami na spacery, plażę itp. Zdarzało się, że na wczasy. Do czasu gdy kupił dom w Rumunii. Ale o tym poniżej. Czas upływa Tatusiowi na pomieszkiwaniu z nami i zasłużonym odpoczynku!

Ten dom w Rumii Tatuś kupił za 6000 dolarów, równowartość jednego półrocznego rejsu Kuwejt-Kapsztad. Nigdzie tak dobrze nie jadaliśmy!! Przyjmowani byliśmy zawsze bardzo ciepło i serdecznie.

Moja mama 2023-04-07.

JAK POWSTAŁ DOM OJCA W RUMI

 Po powrocie Tatusia z „Pewexu”, moi rodzice wybrali się z wizytą do Mamy Halinki, gdzie zamieszkałem z żoną zaraz po ślubie. Podczas rozmowy zastanawialiśmy się co zrobi Tatuś z zarobionymi w rejsie dolarami? Wziąłem do ręki gazetę, może dom? Powiedziałem. Przeglądam ogłoszenia z nieruchomościami na sprzedaż, i jest! Dom w Rumunii (czytaj w Rumii), sprzedam. Stan surowy zamknięty. Tatuś dom ten kupił za 6600 dolarów. Równowartość jednego , półrocznego rejsu!!! 

Od lewej: bracia :Mieczysław i Henryk BOROWCZYK, oraz Józef BOROWCZYK, syn Henryka-autor strony, na rocznicy ślubu Mieczysława i Beni w Sławnie! Krew z krwi!!!

A teraz coś więcej o tym rejsie Ojca. Statek pływał pod banderą Kuwejtu, na trasie Zatoka Perska, Kapsztad w R.P.A. W tym czasie miała tam miejsce wojna Iracko Irańska, jeśli pamiętacie lata 80-te. Głośno było o kilku zatopionych statkach, po obu stronach konfliktu! Po pół roku, Tatuś przysłał  mamie telegram, że ma już dosyć arabów i chce wracać do domu. A teraz po kolei.

Tatuś, na Morzu Barentsa! 1980 rok

Mama położyła się w Szpitalu Morskim w Gdyni, jako bardzo poważnie chora. Lekarz wystawił oficjalną dokumentację, o tragicznym stanie zdrowia pacjentki! Ja, ten dokument w rękę i maluchem na lotnisko do Gdańska. Malucha na parking i w samolot. Byłem w Warszawce ok.13 W taksówkę i do Pol Servisu (Tak nazywała się firma wysyłająca marynarzy na kontrakty dolarowe). W windę i szukam pokoju w wielkim wieżowcu. Znalazłem, przedstawiam się i z miną nr.7, informuję gościa, o tragicznym stanie zdrowia żony Henryka BOROWCZYK, i podaję opinię lekarską ze szpitala. Firma wyraża zgodę na powrót Tatusia do domu, ale…pokryje tylko połowę biletu lotniczego z Kapsztadu! Zjeżdżam na dół i lecę na pocztę, by wysłać telegram do Ojca. Załatwione-Wracasz!! Taksówką do hotelu w pobliżu Okęcia i spać. Rano budzi mnie recepcja, taksówka czeka i na lotnisko. Po godzinie jestem w Gdańsku, w malucha i do szpitala do mamy. Załatwione. Za tydzień, lub dwa będzie w domu! Wszystko w nie całe 24 godziny. W połowie lat 80-tych, to rekord. Wrócił cały! Dolary zaszyte w marynarce za podszewką! 7000 dolarów. Dlaczego za podszewką? Na kontrakcie, było napisane, że miesięcznie zarabiał 500 dolarów, w rzeczywistości było jeszcze raz tyle. I komuniści na granicy mogli kasę zabrać.

Ja na tej zatoce byłem kilka lat później, a jeszcze się tłukli. Na M/S „Zygmunta Starego”,(statek na którym płynąłem) amerykańscy żołnierze weszli z helikopterów, zagonili nas do mesy i przeszukiwali statek, czy nie przewozimy broni!? Straszno i ciekawie. 

Tylko raz mieliśmy szanse zobaczenia się w porcie, po za granicami Polski. Było to w Las Palmas, i kiedy ja tam zacumowałem na statku „Warszawa”, to „Al Kahli” Ojca od dwóch godzin już nie było! Tatuś płynął do Angoli, a ja za Nim, tyle, że na Afrykę środkową. Rejs: Szczecin, przez Hamburg, do Dakaru, Lome, Togo, Senegal , Monrowia i Wybrzeże Kości Słoniowej.  Bardzo chciałem zobaczyć Tatusia. Spotkaliśmy się po kilkunastu miesiącach w GDYNI. Zastawiony wspaniale stół w Rumii i piła o morzu.

 

…………………………………………………………………………………………………………………………………………

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Dziadek Heniu i Agatka BOROWCZYK

………………………………………………………………………………………………………………………………

TATUŚ Z MAMĄ
...........................................................

Mirka, Mama i Tatuś BOROWCZYK, na chrzcinach Franka. Hotel Nadmorski. 2011 rok. Tatuś, był już poważnie chory!!!

Salon gier na promie.2010 rok.

RODZYNEK

OKŁADKA ŻYCZEŃ

Okładka jest malowana ręcznie, farbą olejną!

Jednostka łączności, w Prostyni

ŻYCZENIA Z WOJSKA, DLA GIENI.

Tatuś z mamą. Sławno 1952 rok.

Podczas odwiedzin u rodziców w Rumii, na trzydziestej piątej rocznicy ślubu, wyprosiłem wspaniałą pamiątkę jaką przesłał Tatuś Mamie z wojska. Oto ona. Oryginalna gałązka wrzosu !!!

ŻONA I SIOSTRA W ODWIEDZINACH.
NA KONIEC...

DO ZOBACZENIA TATUŚ


Małe Warszkowo: 2022.04.05. Nie raz w życiu patrzy­łem na bli­ską osobę w potrze­bie i zada­wa­łem sobie pyta­nie, co robić Boże, co mam zro­bić, prawda, że rzadko mogłem pomóc naj­bliż­szym. Albo nie wie­dzia­łem jak to zro­bić albo moja pomoc została odrzu­cona. Tak już jest, że Ci któ­rych powin­ni­śmy znać i kochać wymy­kają się nam, ale mimo to kochamy Ich. Dzi­siaj pra­wie wszy­scy któ­rych kocha­łem i nie pozna­łem już nie żyją. Ale wciąż z nimi roz­ma­wiam. Dzi­siaj jestem już stary, żyję teraz sam, choć może nie powi­nie­nem, leczy gdy jestem sam na sam w moim Warsz­ko­wie to całe moje ist­nie­nie wydaje się łączyć z moimi wspo­mnie­niami, z szu­mem wia­tru na tor­fo­wi­skach, gdzie pasa­łem krowy, ryt­mem pracy w Warsz­ko­wie i nadzieją, że kie­dyś tam spo­tkamy się pono­wie, piękne wspa­niałe chwile, z Ojcem, Dziad­kiem, to jest histo­ria Mojej Rodziny BOROWCZYK z Warsz­kowa. 

CZCIJ OJCA SWEGO…

BOROWCZYK

Przeżył życie długie, pracowite i niełatwe.

TATUŚ

Zda­wało mi się, że będzie żył wiecz­nie. Kiedy zadzwo­niła do mnie mama z wia­do­mo­ścią, że Nasz Tatuś „odcho­dzi”, na początku nie rozu­mia­łem, o co cho­dzi? i pyta­łem: dokąd odcho­dzi? Bo nic nie zapo­wia­dało, że to już. Tatuś po pro­stu zgasł. Jego serce prze­stało bić. Odszedł z tego świata w szpi­talu w Wej­he­ro­wie na oddziale cho­rób płuc. Do samego końca byłem przy Nim, trzy­ma­jąc Tatu­sia za spra­co­wane duże dło­nie. Bar­dzo Cię kocham Tatuś powie­dzia­łem w ostat­nich chwi­lach jego życia, wtedy otwo­rzył jesz­cze sze­roko oczy były białe, jakby zamglone. Spoj­rza­łem w nie…wybacz mi Tatuś pro­szę Cię. W wielu kwe­stiach nie zga­dza­li­śmy się, pra­wie w żad­nych, się nie zga­dza­li­śmy, ale zawsze trak­to­wa­łeś mnie jak syna i to nie dla­tego, że byłeś inny niż ja, ale dla­tego, że byli­śmy tacy SAMI. Mam tylko nadzieję, że byłem rów­nie pra­wym Borow­czy­kiem jak TY. Zostawił mnie z tysiącem pytań w środku. Jak Ojciec umiera to czas na dojrzewanie?

Zdjęcie zrobione w domu Tatusia w Rumii.Mrosława i Henryk BOROWCZYK. Tatuś z Córką!
Genowefa i Mirosława BOROWCZYK. Matka z Córką.

Moja Brama Wielkiej Ciszy...

NAPRAWDĘ NIE ODSZEDŁEŚ, BĘDZIESZ ŻYŁ W MOIM  SERCU I MYŚLACH. TYLKO TOBIE I HALINCE MOGŁEM  ZAUFAĆ TATUŚ..

08

SIERPIEŃ 2012