PIERWORODNY SYN ANTONIEGO I GERTRUDY

BOROWCZYK HENRYK

Jest 20 Listopada 1928 rok. Rok po ślubie Antoniego i Gertrudy BOROWCZYK- przychodzi na świat w Gordanowie ich pierworodny syn Henryk. Matka Gertruda Borowczyk z domu Dłużyńka ma wtedy lat 18lat, a ojciec Antoni BOROWCZYK lat 20
Metryka urodzenia Gordanowo 55/1928r. Wnuk Józefa i Pelagii. Mąż Genowefy Snopkowskiej z Grabkowa. Ojciec Józefa i Mirosławy. Dziadek i przyjaciel wnuków: Łukasza i Michała, Ani i Tomka. Pradziadek: Antoniego, Franciszka, Agatki, Ewy i Marty BOROWCZYK . Zmarł 2012 – 08 – 05. Żył 84 lata.

Ojciec autora strony.       Pochowany na cmentarzu witomińskim w Gdyni.

TATUŚ AUTORA STRONY

BOROWCZYK HENRYK

Prawie nie znałem swojego Tatusia! Wspominanie Ojca; u mnie zawsze są to momenty trudne i z biegiem czasu coraz bardziej wzruszające. Moje dzieciństwo ojciec spędził na morzu. Nie było Go w domu. Był to czas gdy nikt nie dmuchał w moje skrzydła. To był okres kiedy naprawdę potrzebowałem jakiejkolwiek przeciwwagi! Pamiętam ciepłą dłoń Tatusia, była taka duża i spracowana. Taki typowy, do bólu normalny, żyjący swoim tempem żeby nie napisać nudny! Z dużą osobistą wrażliwością. Tatuś przez lata te dobre i gorsze szukał Boga i pozwalał się znajdować! Kiedy był w domu, zawsze chodziliśmy całą rodziną do kościoła, był w moim życiu wielkim nieobecnym. Dzisiaj są to wspomnienia pełne emocji. Niestety nie z za jego nogawek poznawałem świat. Był szczerze skromny. Absolutnie wierzył w to co robił.    Wielki nieobecny.

Odtwórz wideo
Mój Tatuś

Blisko 40 lat na morzu, w Dalmorze.

Tatuś przez 40-lat pracował w gdyńskim Dalmorze, jako szef kuchni. W domu był gościem! Musiał utrzymać czteroosobową rodzinę, mama nie pracowała. Na statku do wykarmienia 110 osób załogi, do pomocy miał jeszcze dwie osoby! Przez 40 lat zawsze z dala od domu i rodziny. Bardzo ciężko pracował, całe życie.

Tatuś, byłeś bohaterem mojego życia.

Mój Tatuś, BOROWCZYK Henryk był wielkim miłośnikiem i „znawcą” koni. Konie przywoływały Tatusiowi dzieciństwo i jedyne pozytywne wspomnienia-to jest jak napiętnowanie chłopca! Zawsze związany uczuciowo z Mamą Gertrudą! Ostatnie sekundy przed śmiercią gdy trzymałem Ojca za dłonie, wymawiał tylko- Mama POMÓŻ,  Mama POMÓŻ. Ojca Antoniego wspominał jako bardzo nerwowego i zaborczego…kochał zwierzęta,  ludzi, prawych i prawdziwych. Miał dar rozpoznawania dobra, …. ale, nie potrafił przeciwstawiać się bylejakości u innych. Bardzo kochał nasze nazwisko. Codziennie gdy modlę się rano i wieczorem do Pana Boga pozdrawiam Ojca jego słowami, którymi zawsze witał mnie, przy każdym naszym spotkaniu , podobnie jak Leszek i Dziadek Antoni „cześć Panie BOROWCZYK”

CZĘŚĆ PIERWSZA

Tekst o Tatusiu powstał z okruchów wspomnień i odruchu serca.

NA ZDJĘCIU HENRYK Z RODZICAMI-ANTONIM I GERTRUDĄ BOROWCZYK-GRUDZIĄDZ 1931 ROK.

JAK POZNALI SIĘ MOI RODZICE ?

Poznałam mojego męża Henryka BOROWCZYK w szkole, do której razem uczęszczaliśmy. Któregoś dnia Henryk podszedł do mnie i zaproponował, że odniesie mi teczkę z książkami do domu. Po kilku tygodniach zaczął odwiedzać mnie w domu. Henryk, będąc uczniem w szkole, był też uczniem w piekarni u niejakiego p. Godzieskiego w Sławnie, gdzie miał swój pokój na piętrze. Wspominał mi kiedyś, że Antoni bardzo chciał ożenić go z córką właściciela tejże piekarni. Podobno pewnego dnia rodzice Henryka przyjechali do niego, by porozmawiać o tym małżeństwie i dowiedzieć się co myśli o tym związku. Jak mieli mu wyjawić podczas rozmowy-narady- otrzymali już zgodę w właściciela piekarni i jego córki! Henryk miał odpowiedzieć Ojcu Antoniemu, że kocha Gienie. Nigdy więcej Antoni nie naciskał na syna w tej sprawie…

1948 rok, Sławno, szkoła zawodowa, to tu poznają się moi rodzice! Henryk ma lat 20 a Gienia 16.

Pewnego razu przed ślubem, Henryk zaprosił Genie na spacer po Słupsku, na spacerze wstąpili do jubilera, gdzie  kupił narzeczonej i sobie obrączki. Obrączka Geni miała próbę 585 a Henryka 333, bo na tyle tylko starczyło kawalerowi pieniędzy. Dwa miesiące później do domu Geni w Sławnie przy ul. Jedności Narodowej 20 zajechali Antoni i Gertruda z Henrykiem, i to wtedy nastąpiły oficjalne zaręczyny Henryka z Genią Snopkowską. Okres narzeczeństwa trwał około roku. 2 lutego 1950r. Rodzice biorą ślub w Sławnie i tego samego dnia Henryk przeprowadza się do żony. Para nowożeńców pojechała do kościoła wolantem zaprzężonym w cztery konie. Wolant był własnością Gminnej Rady Narodowej w Sławnie. Rodzice Henryka spóźnili się na uroczystość kościelną z powodu źrebiącej się klaczy! Wesele odbyło się w domu panny młodej. Ze strony Henryka na weselu byli jego rodzice i prawdopodobnie ktoś z rodzeństwa. A pannę młodą reprezentowała mama Feliksa i jej brat Felek Szaradowski, oraz siostra mamy Danuta Nojman, z mężem Czesławem . Był też Przewodniczący Rady Narodowej i Dowódca straży pożarnej. Wesele trwało trzy dni.

Jest rok 1951. Urząd Stanu Cywilnego w Sławnie Nr. 7/1951r. zaświadcza, że 2 lutego 1951r. BOROWCZYK Henryk zawiera związek małżeński z Genowefą Snopkowską.

Narzeczeni, 1949 rok.

Przed ślubem Henryka, ojciec Antoni miał często odwiedzać, z dużą torbą siedzibę W.K.U. W Sławnie (Wojskowa Komenda Uzupełnień) by odroczyli służbę wojskową synowi. Już po ślubie Henryk bardzo szybko zaprzyjaźnił się z mundurem. Tatuś zawsze bardzo mile wspominał okres spędzony w wojsku-jednostka łączności. Przysięga odbyła się w Prostyni w okolicach Wałcza. Dopiero trzy lata po ślubie i rok po powrocie Ojca z wojska przychodzi na świat Józef. Moje narodziny przebiegały z dużymi problemami….

OTO KILKA ZDJĘĆ MOJEJ MAMY

MOJA MAMA

Na zdjęciu powyżej, mama z siostrą Danutą. Po lewej mama, ma 16lat. To zdjęcie zrobił „Brat zakonnik” Sławno 1947rok. Po prawej Moja Mama, przed szkołą w Sławnie, uwierzcie mi na słowo ja pamiętam tą chwilę, miałem wtedy 5 lat.

ZDJĘCIA Z DOMOWEGO ALBUMU..

GALERIA

Jak się kogoś kocha, trzeba go zauważyć , dotknąć i pocałować! Nigdy nie chciałem być pluszowym Synem. Zawsze chciałem żyć na maksa i w siedlisku grzechów głównych! Chciałem być zauważonym, być miłym synem, ale w domu, nie przed! Do zobaczenia Twój Syn.

SŁAWNO, Ul. Jedności Narodowej 20

DZIEŃ PO ŚLUBIE--SŁAWNO

Pamiętam, jak moja mama wspominała swój poród ze mną. Ból, strach, przerażająca samotność, upokorzenie. Moje narodziny były dla mamy traumatycznym przeżyciem. Doświadczyła wszystkich serwowanych wówczas w szpitalu „atrakcji”, musiała zmierzyć się ze znieczulicą lekarzy. Ale do brzegu: urodziłem się przez cesarskie cięcie – do dzisiaj noszę dużą bliznę na skroni obok oka! Poród w Sławnie odbierał lekarz tak sprawnie, że zranił również mnie. Mama po porodzie była dwa Tygodnie nieprzytomna i praktycznie walczyła o życie.( byłem dwa tygodnie przenoszony) Mną w tym czasie zajmowały się zakonnice pracujące w tym szpitalu. Gdy Henryk dowiaduje się, o poważnym stanie zdrowia mamy zabiera z sobą do szpitala sąsiada „ubeka” w mundurze milicjanta i z bronią. Gdy weszli na salę, porodową ten miał powiedzieć lekarzowi, machając pepeszą w dłoni, jak ona umrze, to zobacz co cię czeka!! Narodziny super, naprawdę Super. Lekarze zabronili mamie zachodzenia w ciążę nie wcześniej jak za trzy lata, a już 8 września 1955r. Przychodzi na świat moja siostra Mirosława.!!!…

AUTOR-DIABEŁ W LUDZKIEJ SKÓRZE!!!

27 kwietnia 1954 roku Rodzi się Józef BOROWCZYK-waga 4,5kg. cera śniada włosy i oczy czarne! Diabeł w ludzkiej skórze. Słowa mamy.

.

Wchodziłem do domu w Sławnie po wysokich schodach. Pierwsze okno to kuchnia dalej „stołowy” a trzecie okno to sypialnia. Z kuchni robiłem sobie….morze!! A co.. Zamykałem odpływ wody w zlewie i odkręcałem kurki do oporu, aż woda sięgała do kostek. Puszczałem okręty, zalewając cały dom. Innym razem gdy rodzice poszli do kina, wyjmowałem z szuflady kuchennej tygodniowy utarg Ojca z piekarni i przez okno w sypialni wyrzucałem forsę na podwórko…co kto złapał to jego……. Niedługo potem Ojciec ok. południa wysłał mnie po bułki do..naszej piekarni. Super. „Obudziłem” się z zabawy dopiero około 21.oo i co teraz?? Pobiegłem na dworzec kolejowy. Tam czynny był jeszcze bufet. Bufetowa była jedyną osobą która, współczuła mi tego wieczoru. Wchodzę do domu, jest godzina 21.15 i słyszę.. Pol strzela, Kolczyk strzela, jesttt. Kronikaaaa – Sportowaaaaa. Ojciec pyta, gdzie byłeś ! Miałem 5 lat. I tak mogę bez końca. Raz uciekłem z cyganami prosto z chodnika przed domem!

Dwa i pół roku po ślubie Henryk, za częściowo pożyczone od Ojca (Antoniego) pieniądze kupuje piekarnię w Sławnie, zatrudnia jednego pracownika i zaczyna pracować jako piekarz na swoim! W piekarni jest również sklep, gdzie mieszkańcy kupują pieczywo, oraz ciasta. Mama rozwozi pieczywo po rynku, a sklepy odbierają same!

GDYNIA CHYLONIA – MEKSYK 1962 – 1967rok

 Meksyk jest dzielnicą Gdyni Chyloni. Meksyk Wybudowali, (bose Antki) Tak nazywali Kaszubi przybyłe tysiące  robotników z całej Rzeczpospolitej. Do budowy portu i miasta  w Gdyni.

Ul. Palmowa 22. Taki mieliśmy adres na tym domu.

Oto Meksyk!

Na Meksyk w Gdyni-Chyloni Ul. Palmowa 22, przyjechaliśmy w styczniu lub lutym 1962r. Samochodem ciężarowym. Na mrozie pod plandeką siedziałem w tyle samochodu wśród naszych mebli i towarzystwie kota !! Z którymi nie rozstawałem się w Sławnie. Na pierwszym postoju „przesiedleńców” kotka uciekła.

Na Meksyku mieszkaliśmy razem z babcią Feliksą Snopkowską mamą mojej mamy. Tatuś zatrudnił się w „POLCARGO”, jako liczmen!. Liczył załadunek towarów na statki w gdyńskim porcie.

Ja poszedłem do szkoły podstawowej nr 5. Tu grałem w „centkę” – To tu biegałem za kołem-felgą od roweru, strzelałem z karbidu, biegałem z Lordem-moim wilczurem- po łąkach i polach. Tu pierwszy raz uciekałem z domu, gdy mama sprzedała Lorda, brałem udział w wojnach z Pogórzem i Abisynią, uczyłem się skakać do pociągów towarowych w biegu! I pływać na podkładach kolejowych na pobliskich bagnach. Hodowałem gołębie, paliłem papierosy, razem z Ryśkiem Jelińskim robiliśmy zestawy teatralne z własnoręcznie zrobionymi przez siebie kukiełkami dla okolicznej dzieciarni i jej rodziców. Bilet co łaska!

Tak prezentowaliśmy się na Meksyku–zdjęcia dla Tatusia- w morzu.

Ojciec,  wolny czas spędzał, remontując dom, rąbał drewno do kuchni i pieców, gotował obiady i pracował w ogrodzie. Bardzo trudno było namówić mamie ojca, aby, ”ruszył” się gdzieś z domu! Tu czuł się najlepiej. Zrozumiałem to po latach, gdy sam wracałem z Morza. Kochałem mój dom i spokój w nim. Przed domem w Chyloni stała wielka żeliwna pompa do pompowania wody, którą w wiadrach nosiliśmy do domu. A latem każdego dnia dziesiątkami wiader podlewałem wielki ogród. Na zimę pompa owinięta była słomą, aby woda w niej nie zamarzła! Bywało i tak, że trzeba było rozpalać wokół niej ognisko, bo pompa zamarzała. Inne potrzeby załatwialiśmy poza domem. Latem kąpaliśmy się w wannie przed domem.

TO WAŻNE

BURTOWCE

KLASYCZNY BURTOWIEC DALMOROWSKI

TAK WYGLĄDA SYRIUS!!! POCZĄTEK LAT 60-TYCH.

 Ojciec Henryk BOROWCZYK zaczynał swoją przygodę z morzem, właśnie na burtowcach. Ten na zdjęciu powyżej należał do dużo nowszych. Pierwszym burtowcem był,  SYRIUS”. Te burtowce otrzymaliśmy w darze od Anglii. Warunki pracy na takim statku, były straszne. Załoga, to rybacy z krwi i kości. Tylko Kaszubi mogli wykonywać tą pracę. Pierwsi kapitanowie tych jednostek to Holendrzy i Anglicy! Połowy odbywały się na Morzu Północnym, lub Georges Bank, u wybrzeży północnej Kanady. TO rejony o wybitnej sztormowej pogodzie. Waliło dzień i noc, calusieńki czas, a ryby było mnóstwo! Rejsy trwały po około 90 dni. Tu wszystko było na słono, Nic na słodko! Te statki, miały duszę, podobnie jak wszystkie jednostki rybackie. W marynarce handlowej pływali, ludzie biznesu i bez ideowcy, jak nic nie robić, a dużo zarobić! Ja taki byłem. Tatuś pytał mnie kiedyś: jak ty to robisz? Pływasz cztery lata, masz trzy samochody i super mieszkanie! Wszystko nowiutkie. Gdy opowiedziałem, to: ty się nie boisz ? A jak cię złapią ? To jaki to wstyd będzie Ziutek!!! Bój się ty się boga. 

 

POWTÓRZE-TATUŚ JESTEŚ MOIM BOHATEREM. JA BYM TEGO NIE ZROBIŁ!!

HISTORIA JEDNOSTEK GDYŃSKIEGO DALMORU

Oto kilka jednostek na których zaczynał pracę Tatuś w Dalmorze. Napiszę szczerze, ja bym nigdy tego nie zrobił a strachliwym nie jestem! NIGDY. Dzisiaj widzę, jak bardzo poświecił się dla Rodziny. Miał ok 32. lata, morze widział i znał z widokówek. TO PRAWDZIWY BOCHATER

Od 1968 roku przeprowadzamy się, na ul. Warszawską 14 do centrum Gdyni. Motorem i sprawcą tej przeprowadzki jest mama. Ojciec w morzu. Mieszkanie kupione po znajomości, za dolary. Po raz pierwszy zamieszkaliśmy w bloku, obok innych rodzin. Ja z okna na czwartym piętrze rzucałem w idących chodnikiem ludzi czym popadło. Zachowywałem się jak małpa. Jeszcze nigdy nie oglądałem świata z tak wysoka. Co najwyżej z drabiniastego wozu załadowanego sianem. Z mojego okna w 1970 roku widziałem jak do tłumu stoczniowców idących z zamordowanym człowiekiem na drzwiach, czołgi strzelały z karabinów maszynowych!!! Mnie mama z domu puścić nie chciała, więc poszedłem trzepać dywany w kapciach. W kapciach, nie poleci rzucać kamieniami w wojsko i milicję. A jednak. Grudzień 1970. Wigilia. Na Warszawskiej Tatuś po powrocie z morza przesiadywał w domu. Wychodził z nami na spacery, plażę itp. Zdarzało się, że na wczasy. Do czasu gdy kupił dom w Rumunii. Ale o tym poniżej. Kiedy patrzę na to zdjęcie, to widzę duże podobieństwo, Ojca i Leszka! A Wy?

TAK PREZENTUJEMY SIĘ W CHWILI "PRZEPROWADZKI" NA WARSZAWSKĄ!

JAK POWSTAŁ DOM OJCA W RUMI

. Po powrocie Tatusia z „Pewexu”, moi rodzice wybrali się z wizytą do Mamy Halinki, gdzie zamieszkałem z żoną zaraz po ślubie. Podczas rozmowy zastanawialiśmy się co zrobi Tatuś z zarobionymi w rejsie dolarami? Wziąłem do ręki gazetę, może dom? Powiedziałem. Przeglądam ogłoszenia z nieruchomościami na sprzedaż, i jest! Dom w Rumunii (czytaj w Rumii), sprzedam. Stan surowy zamknięty. Tatuś dom ten kupił za 6600 dolarów. Równowartość jednego , półrocznego rejsu!!! 

A teraz coś więcej o tym rejsie Ojca. Statek pływał pod banderą Kuwejtu, na trasie Zatoka Perska, Kapsztad w R.P.A. W tym czasie miała tam miejsce wojna Iracko Irańska, jeśli pamiętacie lata 80-te. Głośno było o kilku zatopionych statkach, po obu stronach konfliktu! Tatuś przysłał do mamy telegram, że ma już dosyć arabów i chce wracać do domu. A teraz po kolei.

Mama położyła się w Szpitalu Morskim w Gdyni, jako bardzo poważnie chora. Lekarz wystawił oficjalną dokumentację, o tragicznym stanie zdrowia pacjentki! Ja, ten dokument w rękę i maluchem na lotnisko do Gdańska. Malucha na parkingi w samolot. Byłem w Warszawce ok.13 W taksówkę i do Pol Servisu (Tak nazywała się firma wysyłająca marynarzy na kontrakty dolarowe). W windę i szukam pokoju w wielkim wieżowcu. Znalazłem, przedstawiam się i z miną nr.7, informuję gościa, o tragicznym stanie zdrowia żony Henryka BOROWCZYK, i podaję opinię lekarską ze szpitala. Firma wyraża zgodę na powrót Tatusia do domu, ale…pokryje tylko połowę biletu lotniczego z Kapsztadu! Zjeżdżam na dół i lecę na pocztę, by wysłać telegram do Ojca. Załatwione-Wracasz!! Taksówką do hotelu w pobliżu Okęcia i spać. Rano budzi mnie recepcja, taksówka czeka i na lotnisko. Po godzinie jestem w Gdańsku, w malucha i do szpitala do mamy. Załatwione. Za tydzień, lub dwa będzie w domu! Wszystko w nie całe 24 godziny. W połowie lat 80-tych, to rekord. Wrócił cały! Dolary zaszyte w marynarce za podszewką! 7000 dolarów. Dlaczego za podszewką? Na kontrakcie, było napisane, że miesięcznie zarabiał 500 dolarów, w rzeczywistości było jeszcze raz tyle. I komuniści na granicy mogli kasę zabrać.

Ja na tej zatoce byłem kilka lat później, a jeszcze się tłukli. Na M/S „Zygmunta Starego”,(statek na którym płynąłem) amerykańscy żołnierze weszli z helikopterów, zagonili nas do mesy i przeszukiwali statek, czy nie przewozimy broni!? Straszno i ciekawie. 

Tylko raz mieliśmy szanse zobaczenia się w porcie, po za granicami Polski. Było to w Las Palmas, i kiedy ja tam zacumowałem na statku „Warszawa”, to „Al Kahli” Ojca od dwóch godzin już nie było! Tatuś płynął do Angoli, a ja za Nim, tyle, że na Afrykę środkową. Rejs: Szczecin, przez Hamburg, do Dakaru, Lome, Togo, Senegal , Monrowia i Wybrzeże Kości Słoniowej.  Bardzo chciałem zobaczyć Tatusia. Spotkaliśmy się po kilkunastu miesiącach w GDYNI. Zastawiony wspaniale stół w Rumii i piła o morzu.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………

RODZYNEK

OKŁADKA ŻYCZEŃ

Okładka jest malowana ręcznie, farbą olejną!

Jednostka łączności, w Prostyni

ŻYCZENIA Z WOJSKA, DLA GIENI.

Podczas odwiedzin u rodziców w Rumii, na czterdziestej  rocznicy ślubu, wyprosiłem wspaniałą pamiątkę jaką przesłał Tatuś Mamie z wojska. Oto ona. Oryginalna gałązka wrzosu !!!

Henryk na przepustce. Sławno 1953 rok.
NA KONIEC...

DO ZOBACZENIA TATUŚ

Każdy z nas choć raz w życiu patrzy na bliską osobę w potrzebie i zadaje sobie pytanie, co robić Boże, co mam zrobić, prawda, że rzadko możemy pomóc naszym najbliższym. Albo nie wiemy jak to zrobić albo nasza chęć pomocy zostaje odrzucona. Tak już jest, że ci których powinniśmy znać i kochać wymykają się nam, ale mimo to kochamy Ich. Dzisiaj prawie wszyscy których kochałem i nie poznałem już nie żyją. Ale wciąż z nimi rozmawiam. Dzisiaj jestem już stary, żyję teraz sam, choć może nie powinienem, leczy gdy jestem sam na sam w moim Warszkowie to całe moje istnienie wydaje się łączyć z moimi wspomnieniami, z szumem wiatru na torfowiskach, gdzie pasałem krowy, rytmem pracy w Warszkowie nadzieją, że kiedyś tam spotkamy się ponowie, piękne wspaniałe chwile, z Ojcem, Dziadkiem, bo to jest historia Mojej Rodziny BOROWCZYK z Warszkowa.. Amen.

Małe Warszkowo: 2022.04.05.

BOROWCZYK

Przeżył życie długie, pracowite i niełatwe.

TATUŚ

Zdawało mi się, że będzie żył wiecznie. Kiedy zadzwoniła do mnie mama z wiadomością, że Nasz Tatuś „odchodzi”,  na początku nie rozumiałem, o co chodzi? i pytałem: dokąd odchodzi? Bo nic nie zapowiadało, że to już. Tatuś po prostu zgasł. Jego serce przestało bić. Odszedł z tego świata w szpitalu w Wejherowie na oddziale chorób płuc. Do samego końca byłem przy Nim, trzymając Tatusia za spracowane duże dłonie. Bardzo cię kocham Tatuś powiedziałem w ostatnich chwilach jego życia, wtedy otworzył jeszcze szeroko oczy, były białe, jakby zamglone. Spojrzałem w nie…wybacz mi Tatuś proszę Cię.

W wielu kwestiach, nie zgadzaliśmy się, prawie w żadnych, się nie zgadzaliśmy, ale zawsze traktowałeś mnie jak syna i to nie dlatego, że byłeś inny niż ja, ale dlatego, że byliśmy tacy SAMI. Mam tylko nadzieję, że byłem równie prawym Borowczykiem jak TY. 

Tatuś.

 

Odtwórz wideo

Moja Brama Wielkiej Ciszy...

NAPRAWDĘ NIEODSZEDŁEŚ, BĘDZIESZ ŻYŁ W MOIM  SERCU I MYŚLACH. TATUŚ..

08

SIERPIEŃ 2012